YSL Rouge Volupte #20 Spicy Pink

YSL Rouge Volupte #20 Spicy Pink


Wprawdzie lato jeszcze w pełni ale ja już powoli zaczynam myśleć o makijażu jesiennym. Z tej okazji do mojego kuferka trafiła szminkaYSL z serii Rouge Volupté oznaczona numerkiem 20 a jej odcień określono w dwóch językach jako Spicy Pink i Rose Épice.

Szminek Rouge Volupté nie ma już w stałej sprzedaży, była to bodaj pierwsza seria pomadek o kremowym, jedwabistym wykończeniu i nasyconym kolorze, potem zastąpiono je wersją Rouge Volupté Shine i Rouge Volupté Sheer Candy. W niektórych perfumeriach można jednak dostać jeszcze pojedyncze sztuki tych szminek – warto poszukać, bo są po prostu obłędne.



Jak już wspomniałam odcień jaki posiadam to Spicy Pink – jest to brudny różowo-fioletowy kolor (w tonacji ‘mauve’) z domieszką brązu. Będzie pasował do chłodnych typów urody.

Pomadka jest delikatnie kremowa, gładko sunie po ustach dając jedwabiste wykończenie. Nie czuć jej na ustach, jest lekka a mimo to już przy jednej warstwie pokrywa wargi nasyconym kolorem. Wspaniale nawilża usta i je wygładza, sprawia że wyglądają kusząco i apetycznie. Nie podkreśla suchych skórek ani nie osadza się w załamaniach. Posiada filtr SPF 15. Uczucie komfortu nie znika z warg nawet po 2-3 godzinach. Podczas jedzenia i picia pigment schodzi równomiernie ale nie całkowicie – usta nadal są pokryte delikatnym woalem koloru. Można powiedzieć, że w tej kwestii zachowuje się podobnie do szminek typu lip-stain.


Szminka posiada bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny owocowy (melonowo-arbuzowy?) zapach.

Opakowanie zdecydowanie cieszy oko – wygląda bardzo luksusowo. Kolorowa część pod logiem YSL wiernie odzwierciedla odcień pomadki. W skuwce zaś mieści się maleńkie lusterko, które ułatwia aplikację pomadki w każdych warunkach.





I na koniec jak szminka prezentuje się na mnie:



Lirene Żel + oliwka z bawełny pod prysznic

Lirene Żel + oliwka z bawełny pod prysznic


Od producenta:
Żel + oliwka z bawełny z serii Body Olive, dzięki wyjątkowej formule, bogatej w specjalnie dobrane składniki aktywne, nawilża oraz poprawia kondycję skóry, chroniąc ją przed wysuszeniem. Niezwykle kuszący zapach produktu otula ciało i wprawia we wspaniały nastrój. Optymalnie nawilżona skóra zachwyca swoim zdrowym wyglądem, prawidłowo funkcjonuje oraz lepiej się regeneruje. Olejek z bawełny - wzmacnia barierę ochronną naskórka, zapobiega utracie wody i chroni skórę przed wysuszeniem.

Żel + oliwka z bawełny pod prysznic:
  • delikatnie pielęgnuje i regeneruje
  • nadaje skórze gładkość i aksamitną miękkość
  • zapewnia długotrwałe uczucie komfortu
  • przywraca skórze witalność i dobrą kondycję 

Moja opinia:
Nie przepadam specjalnie za marką Lirene. Uważam, że jest to firma, która zbyt mocno opiera się na działaniach marketingowych mających na celu wepchnięcie klientowi kiepskiego produktu w kolorowym, przykuwającym spojrzenie opakowaniu w towarzystwie marketingowego bełkotu. Większość pomysłów i „innowacji” tej marki wzbudza we mnie śmiech i politowanie, widzę że jest to czysty marketing i nic poza tym. A ja wobec marketingu jestem nastawiona wyjątkowo agresywnie.

Zdarza się jednak, że jakiś kosmetyk Lirene trafi do mojej łazienki. Żel pod prysznic z oliwką z bawełny Luby zakupił dla siebie ale kiedy tylko go powąchałam, wiedziałam już że i ja będę z niego korzystać. Zapach jest piękny – delikatny, świeży, kojarzy mi się z czystością i jest na tyle uniwersalny, że może przypaść do gustu zarówno kobietom jak i mężczyznom.

Żel świetnie się pieni i wcale nie trzeba używać go dużo, by umyć całe ciało. Najważniejsze dla mnie jest jednak to, że nie wysusza nadmiernie skóry i nawet jeśli nie posmaruję się po prysznicu balsamem, nie będę odczuwać dyskomfortu w postaci ściągniętej i swędzącej skóry.

Jest to bodaj jedyny produkt Lirene, który chętnie kupuję i z przyjemnością używam. Polecam wypróbować, w serii Body Olive oprócz wersji oliwka z bawełny są jeszcze dwa inne warianty zapachowe: oliwka z ryżu i oliwka z mango.

Opakowanie: plastikowa butelka 250ml

Cena: ok. 8,00zł

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocoamidopropyl Betaine, PEG-7 Glyceryl Cocoate, PEG-18 Glyceryl Oleate/Cocoate, Paraffinum Liquidum, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Oil, Methylchloroisothiazlinone, Methylsothiazolinone, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Linalool, Benzyl Alcohol, Citronellol.

Błyszczyk powiększający usta Sexy Pulp Yves Rocher

Błyszczyk powiększający usta Sexy Pulp Yves Rocher



W dzisiejszym poście przedstawię Wam powiększający usta błyszczyk o nazwie Sexy Pulp. Jak na tego rodzaju produkt ma on bardzo dużą pojemność, bo aż 10ml/0,33fl.oz. i kosztuje 43,00zł. Jest to moim zdaniem dosyć wygórowana cena, zwłaszcza że efekt na ustach nie powala - jest bardzo naturalny.

Gama kolorystyczna jest skromna – mamy tu raptem 8 odcieni, które z racji swojej formuły nie dają mocnego krycia i intensywnego koloru tylko delikatnie barwią usta dając półprzejrzysty efekt. To z kolei sprawia, że większość kolorów wygląda na ustach bardzo podobnie. Szkoda, że zdjęcia produktu na stronie internetowej Yves Rocher w żaden sposób nie oddają rzeczywistych kolorów błyszczyków – są o wiele ciemniejsze i mogą wprowadzać w błąd klientki, które nie widziały produktu na żywo. Przed zakupem polecam wizytę w salonie Yves Rocher, gdzie można obejrzeć wszystkie odcienie i sprawdzić na testerach efekt, jaki dają.


Kolor, który posiadam to 03. Rose Vif czyli jaskrawy róż. Już patrząc na powyższe zdjęcia widać, że rzeczywisty odcień nie ma nic wspólnego z nazwą a już na pewno nie jest krzykliwy. Określiłabym go jako delikatny brzoskwiniowy róż z mnóstwem połyskujących drobinek. Nie są one widoczne na ustach, domyślam się, że mają za zadanie odpowiednio odbijać cząsteczki światła tworząc na ustach efekt tafli.

Składnikiem aktywnym w błyszczykach Sexy Pulp jest wyciąg z rokitnika o właściwościach nawilżających i wypełniających, który stymuluje syntezę kolagenu i kwasu hialuronowego sprawiając, że usta są pełne i seksowne. Nie zawiera mentolu, więc nie chłodzi ust. No cóż… na moich wąskich wargach nie zauważyłam żadnego optycznego powiększenia czy wypełnienia, usta wyglądają tak samo jak po użyciu każdego innego błyszczyka o półprzejrzystym efekcie.


Oprócz wyciągu z rokitnika błyszczyk zawiera także witaminę E i masło karité bio, dzięki którym utrzymuje na ustach przyjemne uczucie nawilżenia i natłuszczenia. Błyszczyk posiada delikatny słodki zapach.



Jest to produkt, z którego będą zadowolone panie ceniące delikatny i naturalny makijaż. Cena regularna nie zachęca do zakupu ale dzięki częstym promocjom można nabyć ten błyszczyk za dwadzieścia kilka złotych, co biorąc pod uwagę dużą pojemność może okazać się całkiem opłacalne. Swój egzemplarz otrzymałam gratis podczas zakupów.
Lakier Inglot Matte nr 712

Lakier Inglot Matte nr 712


Dzisiaj kilka słów na temat jednego odcienia z serii matowych lakierów marki Inglot.

Mowa o serii Matte, w której skład wchodzi 27 odcieni. W swojej skromnej kolekcji posiadam dwa lakiery z owej serii - bardzo popularny swego czasu beż nr 715 oraz brudny róż nr 712.

Paleta odcieni lakierów Inglot Matte

Lakiery Matte zamknięto w charakterystycznych dla marki Inglot kwadratowych buteleczkach o dużej pojemności (15 ml/0.51 US FL OZ) w cenie 26,00 zł. Producent zapewnia nas na swojej stronie internetowej, że lakiery Matte to "wysoko napigmentowane, intensywne kolory nadające matowe wykończenie. Odpowiednia konsystencja zapewnia łatwą aplikację i doskonałe krycie." Nie mogę w pełni zgodzić się z tym stwierdzeniem.


Inglot Matte nr 712

Inglot Matte nr 712

Odcień nr 712 to nieco brudny ale dosyć ciepły odcień różu bez drobinek i shimmeru. Kolor na 
paznokciu wychodzi nieco ciemniejszy niż w buteleczce. Na moich zdjęciach, zwłaszcza tych robionych w pełnym słońcu kolor wyszedł bardzo jasny i chłodny - w rzeczywistości jest nieco ciemniejszy i cieplejszy. Zdjęcia robione w świetle dziennym w pomieszczeniu najlepiej oddają rzeczywisty odcień (pamiętajcie jednak, że wiele też zależy od ustawień monitora).


Jest to lakier o satynowym wykończeniu, nie ma mowy o płaskim macie. Pędzelek jest długi i cienki - osobiście nie przepadam za takimi, bo trudno mi się nimi operuje. Ciężko jest nabrać odpowiednią porcję lakieru i równomiernie rozprowadzić go na płytce. Podczas nakładania pierwszej warstwy powstają straszne smugi, które trudno wyrównać, bo cienka warstewka lakieru błyskawicznie zasycha. Druga warstwa niestety nie pozwala na wyrównanie smug, nadal widoczne są prześwity i nierówności. Dopiero trzecia warstwa zapewnia pełne krycie, choć efekt do idealnych nie należy.

Na domiar złego lakiery z tej serii bardzo podkreślają wszelkie nierówności płytki paznokciowej.

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu


W przypadku trzech warstw lakieru czas schnięcia bez użycia przyspieszacza wysychania, trwałby całą wieczność, więc skracam go sobie spryskując wykonany manicure świetnym sprayem marki FM Group.

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu

Przyznam, że nie przepadam za szalenie modnym ostatnio matowym wykończeniem makijażu ust i paznokci, stąd często nakładam na matowe (choć powinnam raczej powiedzieć pół-matowe lub satynowe) lakiery Inglota bezbarwny top coat nadający manicurowi piękny połysk (jednak na wszystkich zdjęciach powyżej mam na paznokciach tylko 3 warstwy lakieru bez top coatu).

Trwałość lakieru jest zaskakująco dobra - na moich paznokciach przetrwał trzy dni bez odprysków czy nawet delikatnego ścierania, choć warto zaznaczyć, że nie myłam w tym czasie głowy. Zmywa się szybko i bezproblemowo.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kobiece Fanaberie , Blogger