Wystawa storczyków

Wystawa storczyków

W miniony weekend w łódzkim ogrodzie botanicznym miała miejsce wystawa storczyków. Na niewielkiej powierzchni zgromadzono kilkanaście odmian tych pięknych kwiatów pochodzących z różnych zakątków świata.
Wystawa cieszyła się dużym powodzeniem i ściągnęła mnóstwo miłośników nie tyle storczyków co fotografii - pełne zachwytu westchnienia przeplatały się z dźwiękiem migawek aparatów fotograficznych.
Poniżej kilka zdjęć z wystawy:




















Więcej zdjęć na drugim blogu.
Krem do rąk Dr Hauschka - jeden z ulubionych!

Krem do rąk Dr Hauschka - jeden z ulubionych!


Od producenta:
Krem do rąk wygładza, nawilża i chroni dłonie przed zimnem oraz przed zmiennymi warunkami atmosferycznymi. Ten szybko wchłaniający się krem pielęgnuje i wspiera procesy odnowy naskórka i nie pozostawia uczucia lepkości. Regularne stosowanie kremu przywraca skórze dłoni miękkość i elastyczność. Dzięki starannie dobranym wyciągom z roślin leczniczych: prawoślazu i żyworódki oraz olejkowi migdałowemu i jojoba, a także zawartości wosku pszczelego zapewnia troskliwą pielęgnację skórze rąk.
Sposób użycia: w celu wygładzenia, nawilżenia i pielęgnacji suchej i zmęczonej skóry dłoni używać wielokrotnie w ciągu dnia. Polecany również do stosowania na łokciach i kolanach – zmiękcza zrogowaciały naskórek.

Moja opinia:
Marka Dr Hauschka podbiła moje serce nie tylko świetnymi kosmetykami do makijażu (kocham ich pudry oraz tusz do rzęs!) ale i rewelacyjnymi produktami do pielęgnacji, z którymi powoli się zapoznaję.
Napiszę dzisiaj kilka słów na temat kosmetyku, który towarzyszy mi na co dzień i pozwala dbać o jedną z części ciała, którą bardzo w sobie lubię czyli o dłonie. Pisałam już przy okazji innych recenzji kremów do rąk, że jest to część ciała, o którą dbam ze szczególną uwagą, zwłaszcza że bardzo często myję dłonie.  

Krem do rąk Dr Hauschka zamknięto w metalowej tubce o pojemności 50ml (ja akurat posiadam wersję limitowaną 30ml) zamykaną tradycyjną zakrętką. Otwór tubki jest zabezpieczony fabrycznie i przed pierwszym użyciem kremu należy wgnieść metalowe zabezpieczenie za pomocą bolca w nakrętce. Lubię tego rodzaju rozwiązania, gdyż dają mi gwarancję zachowania świeżości kosmetyku.



Krem ma delikatny słomkowy kolor, bardzo lekką konsystencję i wchłania się niemal natychmiast po wsmarowaniu bez pozostawiania jakiejkolwiek warstwy na skórze. To że jest lekki wcale nie oznacza, że posiada słabe właściwości nawilżające - wręcz przeciwnie. Nawet niewielka ilość kremu fenomenalnie nawilża, zmiękcza, wygładza i delikatnie odżywia skórę a efekt ten trwa nawet kilka godzin (wiele zależy od stanu skóry dłoni danej osoby). Krem nadaje się także do stosowania na suche łokcie czy kolana.

Kosmetyki Dr Hauschka posiadają genialne receptury oparte w 100% na składnikach pochodzenia naturalnego, które mają za zadanie wspierać skórę w jej naturalnych fizjologicznych procesach. W kremie do rąk mamy więc całe mnóstwo wyciągów z roślin leczniczych, które współdziałając dbają o naszą skórę w sposób holistyczny.
Kompozycja kremu opiera się przede wszystkim na wyciągu z prawoślazu, który ma działanie zmiękczające, powlekające (ogranicza stopień utraty wody przez naskórek oraz chroni przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi) i łagodzące wszelkie podrażnienia. Często stosuje się go przy zmianach zapalnych a nawet w przypadku oparzeń, gdyż wykazuje działanie regenerujące. Sprawia, że skóra staje się miękka i przyjemna w dotyku.
Dalej w składzie znajdziemy wyciąg z przelotu pospolitego, który podobnie jak prawoślaz jest wykorzystywany w leczeniu ran czy atopowego zapalenia skóry dzięki właściwościom podnoszącym wilgotność skóry i pobudzającym regenerację tkanki łącznej i nabłonkowej.
Olej ze słodkich migdałów, zawierający całe bogactwo soli mineralnych, protein, magnezu oraz witamin z grupy A, E, D i B niweluje uczucie szorstkości i napięcia, cudownie nawilża i zmiękcza skórę a także spowalnia procesy związane z jej starzeniem.
Wosk pszczeli dodatkowo nawilża, natłuszcza, regeneruje i chroni.
Mogłabym dalej wyliczać właściwości ingrediencji składających się na recepturę kremu, wspomnę więc jeszcze tylko kilka innych olejów i wyciągów roślinnych jak np. ekstrakt z kwiatu śliwy tarniny, olej arachidowy, olej jojoba, olej z kiełków pszenicy, wyciąg z żyworódki czy marchwi.


Zapach kremu jest delikatny, ziołowy, typowy dla kosmetyków tej firmy. Osobiście bardzo go lubię.

Pomimo niewielkiej pojemności (posiadam wersję limitowaną 30ml) krem jest całkiem wydajny, w głównej mierze dzięki niewielkiej ilości kosmetyku jaka wystarczy na posmarowanie dłoni. 

Polecam Wam zapoznanie się z całą ofertą produktów Dr Hauschka a przede wszystkim z filozofią marki. Ja jestem ich wierną fanką.

Opakowanie: metalowa tubka 50ml

Cena: 49 zł

Skład: Aqua, Alcohol, Glycerin, Althaea Officinalis Root Extract, Anthyllis Vulneraria Extract,  Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Cetearyl Alcohol, Cera Alba, Prunus Spinosa Flower Extract, Arachis Hypogaea Oil, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Triticum Vulgare Germ Oil, Bentonite, Kalanchoe Daigremontiana Extract, Daucus Carota Sativa Root Extract, Parfum, Limonene*, Linalool*, Citronellol*, Geraniol*, Citral*, Farnesol*, Benzyl Benzoate*, Eugenol*, Benzyl Salicylate*, Lactose, Lysolecithin, Xanthan Gum.
*składniki naturalnego olejku eterycznego
Manicure: Golden Rose Ice Chic #77

Manicure: Golden Rose Ice Chic #77


W dzisiejszym poście przedstawię lakier w kolorze, który rzadko gości na moich paznokciach. Błękit jest wprawdzie moją ulubioną barwą, jednak nijak nie sprawdza się w makijażu przy moim typie urody. Od czasu do czasu pozwalam sobie na ten kolor na dłoniach.


Bohaterem dzisiejszego wpisu jest lakier Golden Rose z serii Ice Chic o numerku 77. Jest to lakier o kremowym wykończeniu z pięknym połyskiem. Wiele osób opisuje ten odcień błękitu jako ciemny kobalt, co jest dosyć trafnym określeniem. Mnie przywołuje on na myśl błękit pruski - malowałam kiedyś pastelami i miałam kredkę w takim właśnie odcieniu.


Aplikacja jest względnie prosta, choć osobiście preferuję szersze i bardziej płaskie pędzelki. Kryjący efekt można uzyskać już przy jednej warstwie lakieru. Trwałość również jest zadowalająca - u mnie ok. 3 dni bez odprysków i ścierania (przy codziennym myciu głowy, częstym myciu rąk i sprzątaniu bez rękawiczek ochronnych).
Problematyczne jest za to zmywanie i to właśnie ten moment, kiedy przypominam sobie, dlaczego tak rzadko noszę takie odcienie na paznokciach. Trzeba zużyć sporą ilość wacików nasączonych zmywaczem a i tak gdzieniegdzie zostają niebieskie ślady na skórkach czy płytce (nawet pomimo użycia lakieru podkładowego!).

Cena: ok.7,00zł

Pojemność: 10,5ml 


Transparentny puder sypki dr Hauschka

Transparentny puder sypki dr Hauschka


Od producenta:
Transparentny Puder rozświetlający zawiera pielęgnującą kompozycję z roślin leczniczych: przelotu pospolitego, oczaru, czarnej herbaty i jedwabiu. Delikatnie matuje i wykańcza makijaż, nadając skórze aksamitny i naturalny wygląd.


Moja opinia:
Po recenzji pudru w kompakcie przyszła kolej na wersję sypką. Jak już wspominałam wcześniej kolorówka dr.Hauschka to moje wielkie makijażowi odkrycie. Pudry tej firmy odpowiadają mi tak bardzo, że nie czuję potrzeby testowania niczego innego (oprócz nich używam jeszcze tylko skrobi ziemniaczanej, która genialnie matuje skórę).

Podobnie jak w przypadku pudru prasowanego użycie określenia 'rozświetlający' w nazwie jest mocno na wyrost. Puder sypki dr Hauschka nie posiada takich właściwości, jest to najzwyklejszy puder matująco-utrwalający.

Zamknięto go w eleganckim czarnym plastikowym puzderku. Do kompletu dołączona jest gąbeczka, ale po złych doświadczeniach z gąbką od wersji kompaktowej, która rozpadła się po pierwszym praniu, postanowiłam jej nie ruszać. Zresztą do nakładania pudru sypkiego używam tylko i  wyłącznie pędzli.


Puder dostępny w jednym jasnobeżowym odcieniu i daje transparenty efekt. Nakładany na skórę za pomocą dużego pędzla pozwala uzyskać bardzo naturalne i aksamitne wykończenie. Twarz po nałożeniu pudru wygląda świeżo i zdrowo, nie ma mowy o nierównomiernych plamach. Nie wysusza skóry ani nie wchodzi w pory, nie robi ‘ciasta’ na twarzy ani nie tworzy efektu maski. Matuje bardzo delikatnie, nie polecałabym go osobom o skórze przetłuszczającej się. W ciągu dnia konieczne są małe poprawki (w moim przypadku w strefie T).

Puder dr.Hauschka składa się wyłącznie z naturalnych składników, które w żaden sposób nie szkodzą skórze. Można go bez obaw używać przy cerze problematycznej - nie zatyka porów, nie podrażnia, wywołuje żadnych wykwitów skórnych.

Ma delikatny ziołowy zapach, który z czasem wietrzeje.

Stosuję ten puder wyłącznie rano do utrwalenia makijażu. W ciągu dnia doskonale służy mi wersja kompaktowa z lusterkiem.

Opakowanie: plastikowe puzderko 12g

Cena: ok. 87,00zł

Skład: Tapioca Starch (Manihot Utilissima Starch), Silk, (Serica) Powder, Mica, Diatomaceous Earth (Solum Diatomeae), Silica, Anthyllis Vulneraria Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Bark/Leaf Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Fragrance (Parfum), Limonene*, Linalool*, Geraniol*, Citronellol*, Coumarin*, Citral*, Benzyl Benzoate*, Eugenol*, Farnesol*, Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499).
*składnik naturalnego olejku eterycznego
Transparentny rozświetlający puder do twarzy w kompakcie dr.Hauschka - ulubiony!

Transparentny rozświetlający puder do twarzy w kompakcie dr.Hauschka - ulubiony!


Od producenta:
Transparentny Puder rozświetlający w kompakcie zawiera pielęgnującą kompozycję z roślin leczniczych: przelotu pospolitego, oczaru, czarnej herbaty i jedwabiu. Delikatnie matuje i wykańcza makijaż, nadając skórze aksamitny i naturalny wygląd.


Moja opinia:
Kolorówka dr.Hauschka to moje wielkie makijażowi odkrycie zeszłego roku. Tusz do rzęs i pudry pokochałam tak bardzo, że właściwie nie używam już żadnych innych.

Pierwsze co należałoby sprostować jeśli chodzi o puder w kompakcie to słowo ‘rozświetlający’ w nazwie. Nie wiem skąd w polskim tłumaczeniu się ono znalazło, tym bardziej, że zagraniczna nazwa to po prostu transculent face powder czyli puder transparentny. Jest to najzwyklejszy puder matująco-utrwalający, z rozświetlaniem nie ma on nic wspólnego.

Puder zamknięto w eleganckim czarnym puzderku z lusterkiem. Do kompletu dołączona jest gąbeczka, która niestety rozpadła się po pierwszym praniu. Nie stanowi to jednak dla mnie problemu – gąbeczek do pudru ci u mnie pod dostatkiem.




Puder sam w sobie jest po prostu wspaniały! Dostępny w jednym beżowym odcieniu o transparentnym efekcie pozwala uzyskać bardzo naturalne, aksamitne wykończenie. Twarz po nałożeniu pudru wygląda świeżo, zdrowo, bardzo naturalnie. Nie ma mowy o nierównomiernych plamach, puder nie wysusza skóry ani nie wchodzi w pory. Nie robi ‘ciasta’ na twarzy ani nie tworzy efektu maski.

Używam go w ciągu dnia do poprawek makijażu (głównie matowienia cery). Spisuje się znakomicie. Delikatnie matuje, nadaje cerze zdrowszego wyglądu.

Puder dr.Hauschka składa się wyłącznie z naturalnych składników, które w żaden sposób nie szkodzą skórze. Można go bez obaw używać przy cerze problematycznej - nie zatyka porów, nie wywołuje krost trądzikowych.
Ma delikatny ziołowy zapach, który jednak z czasem wietrzeje.

Rano do utrwalenia makijażu używam sypkiej wersji tego pudru – jest równie świetna (recenzja już wkrótce).


Opakowanie: puzderko z lusterkiem 9g

Cena: ok. 70,00zł

Skład: Talc, Silk (Serica) Powder, Mica, Diatomaceous Earth (Solum Diatomeae), Magnesium Stearate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Rosa Damascena Flower Extract, Anthyllis Vulneraria Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Bark/Leaf Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Fragrance (Parfum), Limonene*, Linalool*, Geraniol*, Citronellol*, Coumarin*, Citral*, Benzyl Benzoate*, Eugenol*, Farnesol*, Silica, Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499).
*składnik naturalnego olejku eterycznego
Golden Rose Oxygen Nail Growth - ta odżywka naprawdę działa!

Golden Rose Oxygen Nail Growth - ta odżywka naprawdę działa!


Opis producenta:
Preparat do pielęgnacji paznokci, bogaty w antyutleniacze i komórki macierzyste jabłka, które przyśpieszają wzrost paznokci i zwiększają ich wytrzymałość. Dzięki zaawansowanemu kompleksowi komórek macierzystych jabłka połączonych z przenikalnymi cząsteczkami tlenu, naturalnymi antyutleniaczami, witaminami (A, C & E) i składnikami odżywczymi (ekstrakt z alg, wyciąg z pestek słonecznika, minerały morskie, ekstrakt kasztanowca) preparat Oxygen Nail Growth zapewnia odżywienie, przyspiesza wzrost i pomaga poprawić wygląd paznokci. Bogata formuła opatentowanych składników wpływa na wzmocnienie paznokci i zabezpiecza je przed pękaniem, złamaniem i rozdwajaniem już po 4 tygodniach regularnego stosowania. Dzięki wysokiej zawartości składników nabłyszczających oraz filtrów UV chroni paznokcie przez odbarwieniami.

Cała seria Nail Expert nie posiada w swoim składzie formaldehydu, dbp i toluenu.

Sposób użycia:
Nakładać na czyste i niepomalowane paznokcie. Nakładać jedną warstwę jako baza pod lakier chroniąca paznokcie. Nakładać co tydzień aby przyspieszyć wzrost paznokcia. Nakładać dwie warstwy dla uzyskania efektu zadbanych paznokci.


Moja opinia:
Moje paznokcie zawsze były słabe, kruche, miękkie, z tendencją do rozdwajania. Piękne długie paznokcie pozostawały jedynie w sferze marzeń. Nawet jeśli już udało mi się zapuścić kilka milimetrów poza opuszkę palca i tak w krótkim czasie zaczynały się łamać i rozdwajać zmuszając mnie do obcięcia wszystkich paznokci na krótko.

Wypróbowałam w swoim życiu naprawdę sporo różnego rodzaju odżywek i żadna nie była w stanie wspomóc mojej płytki paznokciowej na tyle aby przestała się łamać i rozdwajać. Efekty były krótkotrwałe albo nie było ich wcale. Do odżywki Golden Rose podeszłam więc z dystansem, traktując ją bardziej jako podkład pod lakier aniżeli intensywną kurację. Efekty jej działania przeszły moje najśmielsze oczekiwania.


Oxygen Nail Growth zamknięto w gustownej buteleczce z grubego matowego szkła ze srebrnym korkiem. Sama odżywka jest koloru różowego, jednak na paznokciach zachowuje się jak bezbarwny lakier – nie barwi płytki. Można ją nosić samodzielnie lub jako podkład pod kolorowy lakier.

Odżywkę stosuję nieco częściej niż zaleca producent a mianowicie 2-3 razy w tygodniu. Jest to uzależnione w dużej mierze od częstotliwości, z jaką zmieniam kolor lakieru na paznokciach. Oxygen Nail Growth nakładam na czyste paznokcie jako podkład i odżywkę. Jeśli w danym tygodniu nie maluję paznokci kolorowym lakierem, nakładam samą odżywkę, aby dłonie wyglądały schludnie. Uważam, że dłonie to wizytówka kobiety, powinny więc zawsze wyglądać nienagannie. Z odpowiednio nawilżoną skórą oraz opiłowanymi paznokciami pociągniętymi jedną warstwą bezbarwnej odżywki wyglądają na perfekcyjnie zadbane.


Pierwsze efekty działania odżywki zaobserwowałam mniej więcej po 3-4 tygodniach stosowania. Paznokcie zaczęły rosnąć w szybszym tempie, zupełnie jakby dostały energetycznego ‘kopa’. Po kolejnych kilku tygodniach dało się zauważyć wyraźnie wzmocnienie płytki oraz mniejszą skłonność do pękania i rozdwajania. Po mniej więcej 4 miesiącach stosowania mogę napisać, że wreszcie mam paznokcie o jakich marzyłam – zdrowe i szybko rosnące! Nagłe złamanie paznokcia nie wywołuje już we mnie irytacji, gdyż wiem, że w ciągu ok. 10 dni jestem w stanie wyhodować go na nowo.

Chciałabym jednak zaznaczyć, że tak wspaniałe efekty niewątpliwie są skutkiem regularnego nakładania odżywki (co najmniej 2 razy w tygodniu). Przy stosowaniu jej raz na jakiś czas raczej nie spodziewałabym się działania, które obiecuje producent.

Warto również podkreślić, że Oxygen Nail Growth jest bardzo wydajną odżywką. W ciągu 4 miesięcy zużyłam raptem 1/3 buteleczki.


Opakowanie: buteleczka z matowego szkła 11ml

Cena: 13,00zł

Skład: butyl acetate, ethyl acetate, nitrocellulose, adipic acid/neopentyl glycol/trimellitic anhydride copolymer, acetyl tributyl citrate, isopropyl alcohol, acrylates copolymer, stearalkonium bentonite, sucrose acetate isobutyrate, styrene/acrylates copolymer, silica, benzophenone-1, n-butyl alcohol, perfluorodecalin, trimethylpentanediyl dibenzoate, tocopheryl acetate, hexanal, helianthus annuus seed oil, polyvinyl butyral, dimethicone, aqua, trimethylsiloxysilicate, dimethyl oxobenzo dioxasilane, glycerin, cetyl peg/ppg-10/1 dimethicone, hydrolyzed corallina officinalis extract, retinyl palmitate, aesculus hippocastanum seed extract, magnesium ascorbyl phosphate, lycium chinense fruit extract,  maris sal, malus domestica fruit cell culture extract, tocopherol, manganese chloride, methylchloroisothiazolinone, xanthan gum, aluminium chloride, zinc chloride, magnesium chloride, sodium chloride, pentaetrythrityl tetra-di-t-butyl hydroxyhydrocinnamate, potassium chloride, phospholipids, methylisothiazolinone, lysine, copper sulfate, phenoxyethanol, CI 15850, CI 19140
Czytelnia: Kiran Vyas, Marie Borrel "Medycyna ajurwedyjska"

Czytelnia: Kiran Vyas, Marie Borrel "Medycyna ajurwedyjska"


Wprawdzie recenzję tego poradnika napisałam dawno temu na potrzeby drugiego bloga ale myślę że i tutaj mogę ją opublikować, tym bardziej że temat dbania o własne zdrowie wpisuje się w szeroką tematykę Kobiecych Fanaberii. Wracam do tej wspaniałej książki za każdym razem, kiedy borykam się z jakimiś dolegliwościami zdrowotnymi i zawsze znajduję w niej cenne wskazówki, jak sobie pomóc.

To najbardziej pożądana i najintensywniej poszukiwana przeze mnie książka w 2012 roku. Trafiłam na ten tytuł podczas wyprzedaży w Weltbildzie, niestety online był już wyprzedany. W księgarniach stacjonarnych również był nie do zdobycia. Zaczęłam więc szukać w innych księgarniach internetowych ale wszędzie tytuł widniał jako niedostępny ze względu na wyczerpanie nakładu. I kiedy prawie straciłam już nadzieję trafiłam na jakiś internetowy sklepik z różnymi ezoterycznymi rzeczami, gdzie książka ta była dostępna. Chwyciłam za telefon, by upewnić się, że na pewno będę mogła ją kupić i ku mojej radości i zaskoczeniu okazało się, że nie dość że książka owszem jest na stanie, to na dodatek mogę ją kupić bezpośrednio w księgarni stacjonarnej, gdyż sklep mieści się w Łodzi i to w pobliżu miejsca, gdzie pracuję. Możecie sobie wyobrazić moją radość. Według informacji miłego pana sprzedawcy nakład „Medycyny ajurwedyjskiej” został wyczerpany, więc książka ta rzeczywiście jest już trudna do zdobycia ale wydawca planuje ponoć wznowić wydawanie tego tytułu tyle że w innej okładce i po wyższej cenie. Cieszę się więc podwójnie, że załapałam się jeszcze na tańszą wersję.

Moje zainteresowanie ajurwedą wzięło się z chęci zadbania o własny organizm po bardzo ciężkim roku, w którym dosyć mocno podupadłam na zdrowiu. Życie w biegu, ciągły stres, zanieczyszczenie środowiska, żywność przetworzona, chemia w kosmetykach – to wszystko tragicznie wpływa na mój organizm powodując pogorszenie stanu zdrowia i ogólnego samopoczucia. Zwrot ku ajurwedzie miał na celu zwolnienie tempa i całościowe zadbanie o siebie.

Ajurweda jest systemem filozoficzno-medycznym wywodzącym się ze starożytnych Indii. Już sama nazwa wskazuje na to, że jest ona czymś więcej niż tylko medycyną – to wręcz sztuka zdrowego życia. ‘Ajur’ oznacza w sanskrycie życie, siłę witalną zaś ‘veda’ wiedzę, naukę, mądrość. Ajurweda skupia się na holistycznej wizji człowieka, jest medycyną globalną, gdyż zgodnie z jej zasadami istota ludzka tworzy całość i nie do pomyślenia jest leczenie jej ciała w oderwaniu od duszy i środowiska, w którym żyje. Stąd też terapia ajurwedyjska ma na celu uzdrowienie na wszystkich poziomach: fizycznym, psychicznym i duchowym.

W poradniku autorstwa Kirana Vyas’a (praktykujący w Paryżu mistrz ajurwedy, jogi i tradycyjnych terapii indyjskich) oraz Marie Borrel (specjalizuje się w medycynie alternatywnej) przedstawiono podstawowe zasady medycyny ajurwedyjskiej i narzędzia terapeutyczne: masaże, kuracje, metody leczniczego odżywiania. Na końcu zamieszczono także proste porady pomagające zwalczyć powszechne dolegliwości.

Pierwsze rozdziały poradnika opisują podstawowe pojęcia związane z ajurwedą czyli koncepcję pięciu żywiołów (eter, powietrze, ogień, woda, ziemia) oraz trzech dosz (wata, pitta, kapha). Czytelnik poznaje ich charakterystyczne cechy oraz dowiaduje się na jakiej zasadzie i w których obrębach ciała działają. W dalszej części opisane są inne podstawowe rodzaje energii jak dhatu (nasza budowa fizyczna), agni (ogień trawienny), mala (wydalanie) czy guna (czynniki energii umysłowej).

Ajurweda skupia się głównie na zapobieganiu chorobom poprzez zdrowy tryb życia a w przypadku, gdy już dojdzie do choroby na usuwaniu nie tyle objawów co w głównej mierze jej przyczyny. Choroba w ujęciu ajurwedyjskim jest wynikiem braku równowagi pomiędzy trzema doszami a uzdrawianie polega na przywróceniu tej energii na wszystkich poziomach leczenia czyli fizycznym, emocjonalnym oraz duchowym. W poradniku przeczytamy dokładne informacje na temat jak powstaje i ewoluuje choroba, co zakłóca równowagę poszczególnych dosz i jak rozpoznać która z nich jest w nierównowadze, w jaki sposób lekarz ajurwedy diagnozuje chorobę i jakich narzędzi terapeutycznych używa.

Niech was nie zmyli niewielka objętość książki, ja byłam zaskoczona ogromem informacji w niej zawartych (nawet jeśli są to informacje podstawowe). Autorzy szczegółowo opisują podział pokarmów na smaki oraz ich efekty terapeutyczne, wymieniają przykładowe pokarmy i rośliny lecznicze. Także rodzaje masaży i przeznaczonych do nich olejów zostały szeroko opisane. Dowiemy się także jak wygląda higiena życia codziennego według ajurwedy (łącznie z kilkoma podstawowymi pozycjami jogi).

W ostatnim rozdziale autorzy przybliżają kilkanaście najbardziej powszechnych dolegliwości wraz z zaleceniami ajurwedyjskimi co do ich leczenia. Kilka przykładów:

BIEGUNKA

Czego należy unikać:

- zrezygnuj ze spożywania produktów zbożowych pod każdą postacią: makaronu, chleba, mąki. Wyeliminuj też z jadłospisu mączkę z ciecierzycy i ogranicz spożycie mleka

- nie jedz potraw ciężkostrawnych, takich jak sosy czy dania smażone

Zalecenia:

- w trakcie leczenia biegunki zaleca się jedzenie rozgotowanego ryżu, soi i zupy marchwiowej. Do potraw dobrze jest dodać indyjski tymianek i kardamon

- rozcieńczony jogurt (lassi) z dodatkiem soli i kuminu to świetny lek na biegunkę. Równie skuteczny jest jogurt z mieloną kolendrą i kozieradką

- możesz też podgrzać ghi (klarowane masło) i dodać do niego zmielony imbir i cukier albo posmarować sokiem z imbiru okolice pępka

BÓLE GŁOWY

Zalecenia:

- w każdym wypadku jedz owoce guajawy; są one szczególnie skuteczne uśmierzaniu bólów głowy

- osoby, u których bóle głowy pojawiają się wraz ze wschodem słońca i ustępują po jego zachodzie, powinny przyjmować mieszankę ghi i amla (owoc agrestu indyjskiego) oraz jeść śirę (ciasto na bazie grysiku, ghi i rodzynek)

- wskazane jest dla nich także codzienne płukanie nozdrzy kroplą olejku pistacjowego

- gdy bóle głowy są spowodowane nadmiarem energii kapha, lepiej przyjmować melasę zmieszaną z sokiem świeżo wyciśniętym z imbiru. Odrobinę tej mikstury można także wprowadzić do nozdrzy

- ajurweda zaleca przygotowanie papki ze zmielonego imbiru i ciepłej wody i przyłożenie takiego kataplazmu na czoło

- jeśli bóle głowy powstają z powodu nadmiaru energii pitta, ajurweda radzi poddanie się masażom głowy z użyciem ciepłego oleju rycynowego.

- jeśli zaś bóle głowy są wywołane nadmiarem energii wata, kuracja opiera się na oleju rycynowym. Płuczemy nozdrza kilkoma kroplami ciepłego oleju rycynowego i z jego użyciem masujemy całe ciało. Możemy też zastosować wireczan, kurację oczyszczającą za pomocą oleju rycynowego.

- do walki z migreną ajurweda zaleca wypijanie rano, na czczo, maceratu z namoczonych wieczorem w osłodzonej wodzie czarnych rodzynek. Można też płukać nozdrza słoną wodą.

Książkę polecam osobom zainteresowanym tematem, szczególnie jednak tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z ajurwedą. Stanowi ona kompendium podstawowej wiedzy na temat tej starożytnej medycyny naturalnej, szczegółowo ale w prosty sposób wyjaśnionej zupełnym laikom w tej dziedzinie.
Koktajl z jabłek i modrej kapusty

Koktajl z jabłek i modrej kapusty

Od kiedy mamy w domu wolnoobrotową wyciskarkę do soków rozsmakowałam się w pysznych i zdrowych koktajlach owocowo-warzywnych. Soków z kartonu dostępnych w większości sklepów nie piję od kilku lat, ilość zbędnych dodatków i polepszaczy smaku (syrop glukozowo-fruktozowy, cukier) zniechęca mnie skutecznie do picia tego rodzaju napojów.

Wyjątek robię dla soków takich firm jak Vero czy Wiatrowy Sad, które produkują naturalne wytłaczane soki owocowe bez dodatku wody, cukru i konserwantów. Są to jednak soki poddawane procesowi pasteryzacji, w którym ginie większość witamin czy soli mineralnych. Oczywiście i tak są one o niebo zdrowsze od tego, co większość firm wlewa w swoje kartony ale jeśli tylko mam taką możliwość, staram się wyciskać soki sama. Tylko kiedy nie mam w domu odpowiedniej ilości owoców czy warzyw, kupuję gotowe produkty w/w firm.

Dzisiaj przedstawię Wam przepis na jeden z moich ulubionych koktajli o działaniu odkwaszającym.


Do jego wykonania potrzebujemy:

  • kawałek czerwonej kapusty
  • kilka jabłek
  • opcjonalnie można dodać też gruszkę czy kilka marchewek

Ilość składników należy tak dobrać, aby po wyciśnięciu ilość soku z kapusty była w proporcji 1:3 lub nawet 1:4 do ilości soku z jabłek. Gdy soku z kapusty będzie zbyt dużo, całość będzie miała zbyt kapuściany smak a dążymy do tego aby nasz koktajl smakował jak... wiśniowy kompot.

Czerwona kapusta ma silne działanie odkwaszające, wzmacnia odporność a także wykazuje korzystne działanie w chorobie wrzodowej żołądka. Zawiera sporo przeciwutleniaczy oraz jest wyjątkowo bogata w wit. B1.

Uwaga: osoby cierpiące na schorzenia tarczycy powinny uważać na ilość spożywanych warzyw kapustnych, gdyż zawierają one substancje wolotwórcze i utrudniają przyswajanie jodu z posiłków!
Od kilkunastu lat choruję na zespół Hashimoto i staram się ograniczać warzywa krzyżowe w diecie. Koktajl z modrej kapusty piję więc tylko w sytuacji, kiedy zdarzy mi się zakwasić organizm.

Jeśli nie cierpicie na żadne ze schorzeń tarczycy, polecam Wam spróbować koktajlu z jabłek i modrej kapusty, jest naprawdę pyszny i gdyby nie ograniczenia chorobowe, mogłabym go pić nawet codziennie.

Jesienna wishlista

Jesienna wishlista


Nie mam szalonych planów zakupowych na jesień, poniższa lista zawiera rzeczy, nad którymi dumałam od dłuższego czasu i zdecydowałam, że warto wydać na nie pieniądze.

Baleriny Ariella
Żywot moich czarnych balerin dobiega końca. Rozchodziłam je już tak bardzo, że spadają mi ze stóp. Już jakiś czas temu uznałam, że najwyższa pora kupić nowe, jednak długo nie mogłam znaleźć odpowiadającego mi fasonu. W końcu przypadkiem trafiłam na firmę Ariella i mój wymarzony model Mell Little Black.

Ciepła duża chusta lub szal
Od kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i już nie mogę podkradać mamie różnych szali, zdecydowanie odczuwam brak tego rodzaju elementu garderoby. Nie zdecydowałam się jeszcze na konkretną firmę (choć bliskie memu sercu są chusty i szale Moniki Kamińskiej), wiem jednak że koniecznie musi to być produkt dobry jakościowo i wykonany z naturalnych materiałów. No i ciepły, żeby ogrzewał mnie podczas jesiennej pluchy.

Koszula jeansowa z haftem ZARA
Wiem, spóźniłam się. Praktycznie nigdzie już tej koszuli nie ma. Online wyprzedana a stacjonarnie widuję pojedyncze sztuki w małych rozmiarach. Odkryłam te koszulę dopiero w zeszłym tygodniu i z miejsca się w niej zakochałam. Od kilku lat szukam idealnej jeansowej koszuli i wreszcie taką znalazłam. Ma perfekcyjny odcień denimu no i ten obłędny haft! Wierzę, że cuda się zdarzają (kilka razy przecież doświadczyłam ich na sobie!), więc po cichu liczę na to, że uda mi się trafić gdzieś na jakąś zbłąkaną L-kę...

Moleskine Book Journal
Tu mogę zdradzić, że już go mam :) Miał być prezentem urodzinowym dla samej siebie ale że trafiłam na super promocję, postanowiłam nie czekać i sprawiłam sobie prezent na imieniny :) Book Journal to notes do zapisywania przeczytanych książek. Oczywiście można sobie kupić zwykły notes i stworzyć odpowiednie rubryki czy kategorie (jak w popularnym ostatnio bullet journalu) jednak ja postanowiłam zacząć od gotowca. Korzystając z gotowego szablonu będę wiedziała, co się sprawdza a co nie i dopiero po zapisaniu całości i dogłębnej analizie zaproponowanego przez Moleskine modelu ewentualnie zdecyduję się na własny projekt.
Moleskine ma więcej tego rodzaju hobbystycznych journali, możecie je obejrzeć tutaj.

Notatnik Leuchtturm1917
Potrzebuję zeszyt do robienia różnorakich notatek. Mój wybór padł na niemiecką markę Leuchtturm1917, głównie ze względu na duży wybór kolorów. Nie zdecydowałam jeszcze, który format będzie dla mnie najbardziej odpowiedni (waham się pomiędzy pocket a medium) i jaki kolor ma mieć mój notes. Znając moje upodobania i tak pewnie wybiorę jakiś odcień niebieskiego choć bardzo kusi mnie też szmaragd!

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła


Jestem wielką miłośniczką naturalnych, ręcznie robionych mydeł, więc dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie mydełka marchewkowego jednej z moich ulubionych mydlarni.

Szalenie podoba mi się filozofia życiowo-pracowa założycielek MINISTERSTWA DOBREGO MYDŁA czyli dwóch sióstr Ani i Uli. Całą sobą popieram takie małe rodzinne manufaktury, gdzie dobra zabawa, tworzenie czegoś z miłością i pasją oraz przede wszystkim z myślą o radości odbiorcy jest sprawą nadrzędną wobec wyników sprzedaży i marketingowych sztuczek. Wszystkie mydła są wyrabiane ręcznie – począwszy od łączenia składników, poprzez wylewanie mydlanych mas do forem i na krojeniu mydeł kończąc. Nie znajdziecie tu dwóch identycznych produktów. Poszczególne egzemplarze mogą różnić się od siebie kolorem czy kształtem, w zależności od partii.

Mydełko marchewkowe, w wesołym energetycznym jasnopomarańczowym kolorze z wytłoczoną papużką na jednym z boków jest jednym z mniejszych mydeł Ministerstwa, bo ma zaledwie 50g. Z tego powodu postanowiłam używać je głównie do mycia twarzy. W porównaniu do zwykłych, drogeryjnych kostek, naturalne mydła cechuje większy stopień rozmiękania a co za tym idzie szybsze zużycie, stąd starałam się jak najrzadziej używać go do mycia rąk czy całego ciała.


Mydło zawiera całe bogactwo składników dbających o naszą skórę, przede wszystkim są to oleje (kokosowy, palmowy, rycynowy, ze słodkich migdałów, oliwa z oliwek) oraz masła (shea, kakaowe) gwarantujące brak wysuszenia naskórka. Istotnym składnikiem jest także karoten zawarty w pulpie marchwiowej i czerwonym oleju palmowym, który jako przeciwutleniacz hamuje szkodliwe procesy oksydacyjne.

Chroni także skórę przed uszkodzeniami spowodowanymi negatywnym wpływem promieniowania słonecznego, zwiększa odporność skóry, przyspiesza procesy gojenia oraz posiada właściwości odmładzające, gdyż pobudza produkcję włókien kolagenowych. Wykazuje działanie stymulujące i normalizujące proces odnowy zrogowaciałego i uszkodzonego przez działanie słońca naskórka, przywracając poszarzałej i zwiotczałej skórze blask i młodzieńczy wygląd.

Podobno wspomaga także pielęgnację cery trądzikowej poprzez normalizowanie pracy gruczołów łojowych. W przypadku cer tłustych i trądzikowych niebagatelną rolę spełnia też antyoksydacyjne działanie karotenu. Stanowi on bowiem tarczę przeciwko wolnym rodnikom atakującym lipidowe składniki sebum, co może wywoływać reakcje zapalne (trądzik).



Gdybyście zapytali mnie o zapach tego mydełka, miałabym duży problem z określeniem, czym ono tak właściwie pachnie. Na pewno jest to woń bardzo przyjemna, trochę pomarańczowa, trochę bergamotowa ale jest tam jeszcze pewna nuta zapachowa, której nie potrafię zidentyfikować. W składzie można dostrzec obecność olejku eterycznego o tajemniczo brzmiącej nazwie ‘may chang’, więc może to on nadaje kompozycji zapachowej ten charakterystyczny ton?

Używałam mydełka przede wszystkim do mycia twarzy. Bardzo dobrze się pieni, świetnie radzi sobie ze zmyciem makijażu oraz wszelkich nieczystości ze skóry a przy tym jest delikatne i niedrażniące. Jestem posiadaczką bardzo wrażliwej, naczyniowej cery, która łatwo ulega podrażnieniom, przesuszeniu i zaczerwienieniu. Przyznaję, że zawsze podchodziłam do kwestii mycia twarzy mydłem (nawet takim w 100% naturalnym i ręcznie wyrabianym) w dużą dozą ostrożności. Pamiętam wielkie skupiska zaognionej skóry po kontakcie z chemicznymi mydłami i długi proces gojenia. Bałam się powtórki z rozrywki. Mydła dziewczyn z MDM przywróciły mi wiarę w istnienie łagodnej mydlanej higieny (jedynie mydełko węglowe okazało się dla mojej cery zbyt agresywne). Skóra po myciu nie jest ani zaczerwieniona ani przesuszona – wygląda zdrowo, jest miękka i miła w dotyku.

Komu poleciłabym mydło marchwiowe? Myślę, że idealnie sprawdzi się w przypadku osób z cerą zmęczoną, poszarzałą, z niewielkimi wykwitami skórnymi. Na pewno sprawdzi się także do mycia całego ciała.

Znacie asortyment Ministerstwa Dobrego Mydła? Lubicie ręcznie wytwarzane, naturalne mydła? A może mogłybyście mi polecić jakieś fajne mydełka czy małe rodzinne mydlarnie?

Cena: 13,00zł / 50g

Skład: Aqua, Sodium Cocoate, Sodium Olivate, Sodium Palmate*, Sodium Palmate (Red)*, Sodium Castorate, Sodium Sweet Almondate, Sodium Cocoa Butterate**, Sodium Shea
Butterate**, Daucus Carota Root, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Citral, Linalool, Limonene

* Olej Palmowy z certyfikatem RSPO- olej pozyskiwany z szacunkiem dla ludzi i środowiska
** Nierafinowane
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kobiece Fanaberie , Blogger