Jesienna wishlista

Jesienna wishlista


Nie mam szalonych planów zakupowych na jesień, poniższa lista zawiera rzeczy, nad którymi dumałam od dłuższego czasu i zdecydowałam, że warto wydać na nie pieniądze.

Baleriny Ariella
Żywot moich czarnych balerin dobiega końca. Rozchodziłam je już tak bardzo, że spadają mi ze stóp. Już jakiś czas temu uznałam, że najwyższa pora kupić nowe, jednak długo nie mogłam znaleźć odpowiadającego mi fasonu. W końcu przypadkiem trafiłam na firmę Ariella i mój wymarzony model Mell Little Black.

Ciepła duża chusta lub szal
Od kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i już nie mogę podkradać mamie różnych szali, zdecydowanie odczuwam brak tego rodzaju elementu garderoby. Nie zdecydowałam się jeszcze na konkretną firmę (choć bliskie memu sercu są chusty i szale Moniki Kamińskiej), wiem jednak że koniecznie musi to być produkt dobry jakościowo i wykonany z naturalnych materiałów. No i ciepły, żeby ogrzewał mnie podczas jesiennej pluchy.

Koszula jeansowa z haftem ZARA
Wiem, spóźniłam się. Praktycznie nigdzie już tej koszuli nie ma. Online wyprzedana a stacjonarnie widuję pojedyncze sztuki w małych rozmiarach. Odkryłam te koszulę dopiero w zeszłym tygodniu i z miejsca się w niej zakochałam. Od kilku lat szukam idealnej jeansowej koszuli i wreszcie taką znalazłam. Ma perfekcyjny odcień denimu no i ten obłędny haft! Wierzę, że cuda się zdarzają (kilka razy przecież doświadczyłam ich na sobie!), więc po cichu liczę na to, że uda mi się trafić gdzieś na jakąś zbłąkaną L-kę...

Moleskine Book Journal
Tu mogę zdradzić, że już go mam :) Miał być prezentem urodzinowym dla samej siebie ale że trafiłam na super promocję, postanowiłam nie czekać i sprawiłam sobie prezent na imieniny :) Book Journal to notes do zapisywania przeczytanych książek. Oczywiście można sobie kupić zwykły notes i stworzyć odpowiednie rubryki czy kategorie (jak w popularnym ostatnio bullet journalu) jednak ja postanowiłam zacząć od gotowca. Korzystając z gotowego szablonu będę wiedziała, co się sprawdza a co nie i dopiero po zapisaniu całości i dogłębnej analizie zaproponowanego przez Moleskine modelu ewentualnie zdecyduję się na własny projekt.
Moleskine ma więcej tego rodzaju hobbystycznych journali, możecie je obejrzeć tutaj.

Notatnik Leuchtturm1917
Potrzebuję zeszyt do robienia różnorakich notatek. Mój wybór padł na niemiecką markę Leuchtturm1917, głównie ze względu na duży wybór kolorów. Nie zdecydowałam jeszcze, który format będzie dla mnie najbardziej odpowiedni (waham się pomiędzy pocket a medium) i jaki kolor ma mieć mój notes. Znając moje upodobania i tak pewnie wybiorę jakiś odcień niebieskiego choć bardzo kusi mnie też szmaragd!

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła


Jestem wielką miłośniczką naturalnych, ręcznie robionych mydeł, więc dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie mydełka marchewkowego jednej z moich ulubionych mydlarni.

Szalenie podoba mi się filozofia życiowo-pracowa założycielek MINISTERSTWA DOBREGO MYDŁA czyli dwóch sióstr Ani i Uli. Całą sobą popieram takie małe rodzinne manufaktury, gdzie dobra zabawa, tworzenie czegoś z miłością i pasją oraz przede wszystkim z myślą o radości odbiorcy jest sprawą nadrzędną wobec wyników sprzedaży i marketingowych sztuczek. Wszystkie mydła są wyrabiane ręcznie – począwszy od łączenia składników, poprzez wylewanie mydlanych mas do forem i na krojeniu mydeł kończąc. Nie znajdziecie tu dwóch identycznych produktów. Poszczególne egzemplarze mogą różnić się od siebie kolorem czy kształtem, w zależności od partii.

Mydełko marchewkowe, w wesołym energetycznym jasnopomarańczowym kolorze z wytłoczoną papużką na jednym z boków jest jednym z mniejszych mydeł Ministerstwa, bo ma zaledwie 50g. Z tego powodu postanowiłam używać je głównie do mycia twarzy. W porównaniu do zwykłych, drogeryjnych kostek, naturalne mydła cechuje większy stopień rozmiękania a co za tym idzie szybsze zużycie, stąd starałam się jak najrzadziej używać go do mycia rąk czy całego ciała.


Mydło zawiera całe bogactwo składników dbających o naszą skórę, przede wszystkim są to oleje (kokosowy, palmowy, rycynowy, ze słodkich migdałów, oliwa z oliwek) oraz masła (shea, kakaowe) gwarantujące brak wysuszenia naskórka. Istotnym składnikiem jest także karoten zawarty w pulpie marchwiowej i czerwonym oleju palmowym, który jako przeciwutleniacz hamuje szkodliwe procesy oksydacyjne.

Chroni także skórę przed uszkodzeniami spowodowanymi negatywnym wpływem promieniowania słonecznego, zwiększa odporność skóry, przyspiesza procesy gojenia oraz posiada właściwości odmładzające, gdyż pobudza produkcję włókien kolagenowych. Wykazuje działanie stymulujące i normalizujące proces odnowy zrogowaciałego i uszkodzonego przez działanie słońca naskórka, przywracając poszarzałej i zwiotczałej skórze blask i młodzieńczy wygląd.

Podobno wspomaga także pielęgnację cery trądzikowej poprzez normalizowanie pracy gruczołów łojowych. W przypadku cer tłustych i trądzikowych niebagatelną rolę spełnia też antyoksydacyjne działanie karotenu. Stanowi on bowiem tarczę przeciwko wolnym rodnikom atakującym lipidowe składniki sebum, co może wywoływać reakcje zapalne (trądzik).



Gdybyście zapytali mnie o zapach tego mydełka, miałabym duży problem z określeniem, czym ono tak właściwie pachnie. Na pewno jest to woń bardzo przyjemna, trochę pomarańczowa, trochę bergamotowa ale jest tam jeszcze pewna nuta zapachowa, której nie potrafię zidentyfikować. W składzie można dostrzec obecność olejku eterycznego o tajemniczo brzmiącej nazwie ‘may chang’, więc może to on nadaje kompozycji zapachowej ten charakterystyczny ton?

Używałam mydełka przede wszystkim do mycia twarzy. Bardzo dobrze się pieni, świetnie radzi sobie ze zmyciem makijażu oraz wszelkich nieczystości ze skóry a przy tym jest delikatne i niedrażniące. Jestem posiadaczką bardzo wrażliwej, naczyniowej cery, która łatwo ulega podrażnieniom, przesuszeniu i zaczerwienieniu. Przyznaję, że zawsze podchodziłam do kwestii mycia twarzy mydłem (nawet takim w 100% naturalnym i ręcznie wyrabianym) w dużą dozą ostrożności. Pamiętam wielkie skupiska zaognionej skóry po kontakcie z chemicznymi mydłami i długi proces gojenia. Bałam się powtórki z rozrywki. Mydła dziewczyn z MDM przywróciły mi wiarę w istnienie łagodnej mydlanej higieny (jedynie mydełko węglowe okazało się dla mojej cery zbyt agresywne). Skóra po myciu nie jest ani zaczerwieniona ani przesuszona – wygląda zdrowo, jest miękka i miła w dotyku.

Komu poleciłabym mydło marchwiowe? Myślę, że idealnie sprawdzi się w przypadku osób z cerą zmęczoną, poszarzałą, z niewielkimi wykwitami skórnymi. Na pewno sprawdzi się także do mycia całego ciała.

Znacie asortyment Ministerstwa Dobrego Mydła? Lubicie ręcznie wytwarzane, naturalne mydła? A może mogłybyście mi polecić jakieś fajne mydełka czy małe rodzinne mydlarnie?

Cena: 13,00zł / 50g

Skład: Aqua, Sodium Cocoate, Sodium Olivate, Sodium Palmate*, Sodium Palmate (Red)*, Sodium Castorate, Sodium Sweet Almondate, Sodium Cocoa Butterate**, Sodium Shea
Butterate**, Daucus Carota Root, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Citral, Linalool, Limonene

* Olej Palmowy z certyfikatem RSPO- olej pozyskiwany z szacunkiem dla ludzi i środowiska
** Nierafinowane
Ulubione perfumy: Yves Rocher Moment de Bonheur L'eau

Ulubione perfumy: Yves Rocher Moment de Bonheur L'eau



Wyobraź sobie różany ogród w upalny letni dzień. Lejący się z nieba żar wzmaga unoszący się dookoła ciebie upojny zapach róż. Aby nieco się orzeźwić i ugasić nagłe pragnienie sięgasz do koszyka po soczyste zielone jabłko. Wgryzasz się w jego jędrną strukturę a do twoich nozdrzy dolatuje rześki, lekko kwaskowaty aromat, który łączy się po chwili z zapachem różanego krzewu, obok którego stoisz. Czujesz to?

Tak właśnie pachnie woda toaletowa Moment de Bonheur L'eau czyli lżejsza wersja klasycznych perfum MdB marki Yves Rocher. W kompozycji zapachowej dominuje róża stulistna z Grasse ale w lekkiej i świeżej odsłonie wzbogaconej apetycznymi zielonymi nutami jabłka oraz ciepłym drzewnym aromatem cedru . Jak na wodę toaletową przystało zapach jest delikatny i bardzo rześki ale potrafi cudnie wibrować na rozgrzanej skórze.



To kompozycja idealna na wiosenno-letnie dni, kojarzy się z pozytywną energią, radością, rześkością.

Psikam się ostatnio tą wodą łapiąc ostatnie promienie słońca przed nadejściem jesieni, kiedy to noszę zupełnie inne zapachy. Taki mój mały sposób na przedłużenie lata...

Manicure: Golden Rose Classics #114

Manicure: Golden Rose Classics #114


Efekt moich poszukiwań białego lakieru, który nie będzie ani kremowy ani perłowy ani o wykończeniu typu 'frost'. Od razu powiem, że szukam dalej, bo Golden Rose Classics #114 nie do końca zadowala mnie pod względem aplikacji.


Lakier w buteleczce nie jest śnieżnobiały, jest to biel złamana delikatnym beżem, choć na paznokciu te 'brudne' podtony znikają.


Podoba mi się wykończenie tego lakieru, coś pomiędzy kremem a perłą ale niestety nawet przy dwóch warstwach (tyle mam na zdjęciach) widać nierówności i delikatne prześwity. Ciężko nałożyć ten odcień bez smug.


Czytelnia: Marie Kondo "Magia sprzątania"

Czytelnia: Marie Kondo "Magia sprzątania"


Zacznę od tego, czym ta książka nie jest. Na pewno nie jest to poradnik, z którego dowiemy się jak efektywnie sprzątać kuchnię czy łazienkę – tak aby poszło szybko i sprawnie. Jeśli nie wiecie czy zacząć od mycia podłogi czy może blatu kuchennego, czy najpierw wyszorować wannę czy umywalkę – skierujcie się raczej w stronę perfekcyjnej pani domu czy innych tego typu „ekspertek”. Książka Marie Kondo traktuje o zupełnie innym rodzaju sprzątania – o generalnych porządkach, podczas których pozbywacie się większości rzeczy, czego efektem jest nie tylko czyste i schludne otoczenie ale i świeży umysł plus więcej życiowej energii na co dzień (uwaga! To nie ma nic wspólnego z feng shui).

Mam z Marie Kondo wiele wspólnego. Zdobyła moją sympatię niemal od pierwszej strony, gdyż czytając o jej temperamencie i różnego rodzaju schizach ujrzałam w niej odbicie samej siebie. Jestem osobą bardzo uporządkowaną i mam hopla na punkcie organizacji przestrzeni wokół mnie, zwłaszcza pod kątem segregowania, katalogowania i przechowywania różnego rodzaju istotnych dla mnie papierów. Podobnie jak autorka mam za sobą okresy porządkowych szaleństw i terroryzowania rodziny pod tym kątem. Do wielu swoich dziwactw nie przyznaję się publicznie, aby ludzie nie wzięli mnie za wariatkę. Luby nazywa to nerwicą natręctw (może coś w tym jest) i śmieje się ze mnie dobrodusznie za każdym razem kiedy widzi kolejny mój ‘atak’.

Jednak metoda „konmari” opracowana przez autorkę nie przemawia do mnie w 100%. Według Marie Kondo „skuteczne sprzątanie obejmuje dwa niezbędne działania: wyrzucanie rzeczy i podejmowanie decyzji, gdzie pozostałe przechowywać.”1 Zgadzam się z tym stwierdzeniem z jednym małym ‘ale’. Zagracone mieszkanie owszem najlepiej jest doprowadzić do porządku poprzez pozbycie się większości rzeczy, jednak z mojego doświadczenia wynika, że metoda selekcji ‘zadaj sobie pytanie czy dana rzecz sprawia ci radość, jeśli nie to ją wyrzuć” nie sprawdza się u wszystkich. Wyrzuciłam w swoim życiu wiele rzeczy, których pozbycia się po kilku miesiącach (a czasem nawet latach) bardzo żałowałam. Poza tym wiem już, że np. w przypadku ubrań niechodzenie w danym ciuszku przez rok wcale nie oznacza, że już mi się znudził albo przestał podobać. Wielokrotnie zdarzało się, że po tych dwóch latach leżenia ciucha w szafie nagle odkrywałam go na nowo i chodziłam w nim niemal do zdarcia. Metoda ‘konmari’ powinna być moim zdaniem uzupełniona jeszcze o umiejętność odmawiania sobie kupowania wciąż nowych przedmiotów, które zagracają nasze mieszkanie. Wtedy ma szansę na 100% powodzenie.

Nie zgadzam się także w pełni z proponowaną przez Kondo metodą przechowywania ubrań. Nie będę wchodzić w szczegóły, gdyż jest to temat na osobną (i to długą!) notkę a poza tym uważam, że każdy czytelnik powinien sam osądzić jej przydatność pod kątem własnego życia, preferencji, możliwości przestrzennych itp. Do mojego sposobu życia i organizacji przestrzeni metoda ta nie pasuje w 100% ale to nie znaczy, że nie można wyciągnąć z niej czegoś dla siebie – ja np. po lekturze jednego z rozdziałów uporządkowałam na nowo szufladę z rajstopami i tutaj muszę przyznać, że metoda pani Kondo sprawdza się wprost genialnie!


Nie byłabym prawdziwą książkoholiczką gdybym nie wspomniała tutaj o rozdziale poświęconym czystce książek. Już samo pisanie na ten temat sprawia mi ból serca ale muszę, po prostu muszę wyrazić moje oburzenie i zniesmaczenie tym, co zachwala Marie Kondo. Otóż autorka chwali się nie tylko tym, ile książek udało jej się wyrzucić na śmietnik (!!!) ale także tym, gdzie przechowuje kilka pozostałych a stoją sobie one… uwaga: na półce w szafce na buty. Nie wiem, co mam napisać, wydaje mi się, że jedynym sensownym komentarzem będzie poniższe zdjęcie:


Wyrzucanie książek do śmietnika jest dla mnie taką samą zbrodnią jak palenie ich na stosie. Przecież można je rozdać znajomym, oddać do biblioteki (także takiej ‘mobilnej’) albo do szpitala czy domu starców, gdzie ktoś na pewno się z nich ucieszy i je przeczyta. Ale wyrzucać tak po prostu do śmieci…? Brrrr, zgroza! Mam do książek nabożny stosunek, stanowią one ważną część mojego życia i – no cóż, powiedzmy to wprost – zajmują sporą powierzchnię w moim mieszkaniu. Nawet wchodząc w związek z mężczyzną, zawsze podkreślałam swoją miłość do literatury i dobitnie dawałam do zrozumienia, że wiążąc się ze mną wiążesz się także z ponad tysiącem egzemplarzy mojego księgozbioru. O ile męczy mnie zbyt duża ilość przedmiotów i mebli, które zagracają mieszkanie, tak książek mogę mieć tysiące i wcale nie przeszkadza mi, że leżą one dosłownie wszędzie. Zresztą, nie wykluczam, że za kilkanaście lat moje mieszkanie może wyglądać podobnie jak na poniższym obrazku ;-)


Moje ogólne wrażenia z lektury są pozytywne, choć mam do tej książki kilka zastrzeżeń. Jest napisana nieco chaotycznie, z dużą ilością powtórzeń (a wydawałoby się, że osoba mająca świra na punkcie porządku i odpowiedniej organizacji przestrzeni będzie potrafiła też właściwie uporządkować treść pisanej przez siebie książki). Tak właściwie to przez większość czasu miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo tylko inaczej ubrane w słowa. Nie należy także zapominać, że Marie Kondo opisuje w swoim poradniku doświadczenia z japońskimi klientami (wskazuje na to także podtytuł: „Japońska sztuka porządkowania i organizacji”) a jak wiemy jest to odmienna kultura od naszej, więc do wielu zaleceń należy podejść z dużym dystansem.

Jeżeli czujecie, że Wasze mieszkanie jest zagracone, że nie potraficie swobodnie żyć w takiej przestrzeni, przeczytajcie „Magię sprzątania”. Wiem z własnego doświadczenia, że oczyszczanie przestrzeni pomaga także oczyścić umysł a poradnik Marie Kondo to naprawdę fajna i inspirująca pozycja. Wielu czytelników twierdzi, że po przeczytaniu tej książki od razu chce się zacząć sprzątać i ja tę tezę potwierdzam :-) Nie traktujcie jednak zbyt serio wszystkich zaleceń pani Kondo, filtrujcie metodę ‘konmari’ przez pryzmat własnych doświadczeń, odczuć, możliwości i upodobań, wybierajcie z niej tylko to, co do Was przemawia i jest zgodne z Waszym trybem życia.


1 Marie Kondo, Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji, wyd. MUZA S.A., Warszawa 2015, str 54
YSL Rouge Volupte #20 Spicy Pink

YSL Rouge Volupte #20 Spicy Pink


Wprawdzie lato jeszcze w pełni ale ja już powoli zaczynam myśleć o makijażu jesiennym. Z tej okazji do mojego kuferka trafiła szminkaYSL z serii Rouge Volupté oznaczona numerkiem 20 a jej odcień określono w dwóch językach jako Spicy Pink i Rose Épice.

Szminek Rouge Volupté nie ma już w stałej sprzedaży, była to bodaj pierwsza seria pomadek o kremowym, jedwabistym wykończeniu i nasyconym kolorze, potem zastąpiono je wersją Rouge Volupté Shine i Rouge Volupté Sheer Candy. W niektórych perfumeriach można jednak dostać jeszcze pojedyncze sztuki tych szminek – warto poszukać, bo są po prostu obłędne.



Jak już wspomniałam odcień jaki posiadam to Spicy Pink – jest to brudny różowo-fioletowy kolor (w tonacji ‘mauve’) z domieszką brązu. Będzie pasował do chłodnych typów urody.

Pomadka jest delikatnie kremowa, gładko sunie po ustach dając jedwabiste wykończenie. Nie czuć jej na ustach, jest lekka a mimo to już przy jednej warstwie pokrywa wargi nasyconym kolorem. Wspaniale nawilża usta i je wygładza, sprawia że wyglądają kusząco i apetycznie. Nie podkreśla suchych skórek ani nie osadza się w załamaniach. Posiada filtr SPF 15. Uczucie komfortu nie znika z warg nawet po 2-3 godzinach. Podczas jedzenia i picia pigment schodzi równomiernie ale nie całkowicie – usta nadal są pokryte delikatnym woalem koloru. Można powiedzieć, że w tej kwestii zachowuje się podobnie do szminek typu lip-stain.


Szminka posiada bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny owocowy (melonowo-arbuzowy?) zapach.

Opakowanie zdecydowanie cieszy oko – wygląda bardzo luksusowo. Kolorowa część pod logiem YSL wiernie odzwierciedla odcień pomadki. W skuwce zaś mieści się maleńkie lusterko, które ułatwia aplikację pomadki w każdych warunkach.





I na koniec jak szminka prezentuje się na mnie:



Lirene Żel + oliwka z bawełny pod prysznic

Lirene Żel + oliwka z bawełny pod prysznic


Od producenta:
Żel + oliwka z bawełny z serii Body Olive, dzięki wyjątkowej formule, bogatej w specjalnie dobrane składniki aktywne, nawilża oraz poprawia kondycję skóry, chroniąc ją przed wysuszeniem. Niezwykle kuszący zapach produktu otula ciało i wprawia we wspaniały nastrój. Optymalnie nawilżona skóra zachwyca swoim zdrowym wyglądem, prawidłowo funkcjonuje oraz lepiej się regeneruje. Olejek z bawełny - wzmacnia barierę ochronną naskórka, zapobiega utracie wody i chroni skórę przed wysuszeniem.

Żel + oliwka z bawełny pod prysznic:
  • delikatnie pielęgnuje i regeneruje
  • nadaje skórze gładkość i aksamitną miękkość
  • zapewnia długotrwałe uczucie komfortu
  • przywraca skórze witalność i dobrą kondycję 

Moja opinia:
Nie przepadam specjalnie za marką Lirene. Uważam, że jest to firma, która zbyt mocno opiera się na działaniach marketingowych mających na celu wepchnięcie klientowi kiepskiego produktu w kolorowym, przykuwającym spojrzenie opakowaniu w towarzystwie marketingowego bełkotu. Większość pomysłów i „innowacji” tej marki wzbudza we mnie śmiech i politowanie, widzę że jest to czysty marketing i nic poza tym. A ja wobec marketingu jestem nastawiona wyjątkowo agresywnie.

Zdarza się jednak, że jakiś kosmetyk Lirene trafi do mojej łazienki. Żel pod prysznic z oliwką z bawełny Luby zakupił dla siebie ale kiedy tylko go powąchałam, wiedziałam już że i ja będę z niego korzystać. Zapach jest piękny – delikatny, świeży, kojarzy mi się z czystością i jest na tyle uniwersalny, że może przypaść do gustu zarówno kobietom jak i mężczyznom.

Żel świetnie się pieni i wcale nie trzeba używać go dużo, by umyć całe ciało. Najważniejsze dla mnie jest jednak to, że nie wysusza nadmiernie skóry i nawet jeśli nie posmaruję się po prysznicu balsamem, nie będę odczuwać dyskomfortu w postaci ściągniętej i swędzącej skóry.

Jest to bodaj jedyny produkt Lirene, który chętnie kupuję i z przyjemnością używam. Polecam wypróbować, w serii Body Olive oprócz wersji oliwka z bawełny są jeszcze dwa inne warianty zapachowe: oliwka z ryżu i oliwka z mango.

Opakowanie: plastikowa butelka 250ml

Cena: ok. 8,00zł

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocoamidopropyl Betaine, PEG-7 Glyceryl Cocoate, PEG-18 Glyceryl Oleate/Cocoate, Paraffinum Liquidum, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Oil, Methylchloroisothiazlinone, Methylsothiazolinone, Parfum, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal, Linalool, Benzyl Alcohol, Citronellol.

Błyszczyk powiększający usta Sexy Pulp Yves Rocher

Błyszczyk powiększający usta Sexy Pulp Yves Rocher



W dzisiejszym poście przedstawię Wam powiększający usta błyszczyk o nazwie Sexy Pulp. Jak na tego rodzaju produkt ma on bardzo dużą pojemność, bo aż 10ml/0,33fl.oz. i kosztuje 43,00zł. Jest to moim zdaniem dosyć wygórowana cena, zwłaszcza że efekt na ustach nie powala - jest bardzo naturalny.

Gama kolorystyczna jest skromna – mamy tu raptem 8 odcieni, które z racji swojej formuły nie dają mocnego krycia i intensywnego koloru tylko delikatnie barwią usta dając półprzejrzysty efekt. To z kolei sprawia, że większość kolorów wygląda na ustach bardzo podobnie. Szkoda, że zdjęcia produktu na stronie internetowej Yves Rocher w żaden sposób nie oddają rzeczywistych kolorów błyszczyków – są o wiele ciemniejsze i mogą wprowadzać w błąd klientki, które nie widziały produktu na żywo. Przed zakupem polecam wizytę w salonie Yves Rocher, gdzie można obejrzeć wszystkie odcienie i sprawdzić na testerach efekt, jaki dają.


Kolor, który posiadam to 03. Rose Vif czyli jaskrawy róż. Już patrząc na powyższe zdjęcia widać, że rzeczywisty odcień nie ma nic wspólnego z nazwą a już na pewno nie jest krzykliwy. Określiłabym go jako delikatny brzoskwiniowy róż z mnóstwem połyskujących drobinek. Nie są one widoczne na ustach, domyślam się, że mają za zadanie odpowiednio odbijać cząsteczki światła tworząc na ustach efekt tafli.

Składnikiem aktywnym w błyszczykach Sexy Pulp jest wyciąg z rokitnika o właściwościach nawilżających i wypełniających, który stymuluje syntezę kolagenu i kwasu hialuronowego sprawiając, że usta są pełne i seksowne. Nie zawiera mentolu, więc nie chłodzi ust. No cóż… na moich wąskich wargach nie zauważyłam żadnego optycznego powiększenia czy wypełnienia, usta wyglądają tak samo jak po użyciu każdego innego błyszczyka o półprzejrzystym efekcie.


Oprócz wyciągu z rokitnika błyszczyk zawiera także witaminę E i masło karité bio, dzięki którym utrzymuje na ustach przyjemne uczucie nawilżenia i natłuszczenia. Błyszczyk posiada delikatny słodki zapach.



Jest to produkt, z którego będą zadowolone panie ceniące delikatny i naturalny makijaż. Cena regularna nie zachęca do zakupu ale dzięki częstym promocjom można nabyć ten błyszczyk za dwadzieścia kilka złotych, co biorąc pod uwagę dużą pojemność może okazać się całkiem opłacalne. Swój egzemplarz otrzymałam gratis podczas zakupów.
Lakier Inglot Matte nr 712

Lakier Inglot Matte nr 712


Dzisiaj kilka słów na temat jednego odcienia z serii matowych lakierów marki Inglot.

Mowa o serii Matte, w której skład wchodzi 27 odcieni. W swojej skromnej kolekcji posiadam dwa lakiery z owej serii - bardzo popularny swego czasu beż nr 715 oraz brudny róż nr 712.

Paleta odcieni lakierów Inglot Matte

Lakiery Matte zamknięto w charakterystycznych dla marki Inglot kwadratowych buteleczkach o dużej pojemności (15 ml/0.51 US FL OZ) w cenie 26,00 zł. Producent zapewnia nas na swojej stronie internetowej, że lakiery Matte to "wysoko napigmentowane, intensywne kolory nadające matowe wykończenie. Odpowiednia konsystencja zapewnia łatwą aplikację i doskonałe krycie." Nie mogę w pełni zgodzić się z tym stwierdzeniem.


Inglot Matte nr 712

Inglot Matte nr 712

Odcień nr 712 to nieco brudny ale dosyć ciepły odcień różu bez drobinek i shimmeru. Kolor na 
paznokciu wychodzi nieco ciemniejszy niż w buteleczce. Na moich zdjęciach, zwłaszcza tych robionych w pełnym słońcu kolor wyszedł bardzo jasny i chłodny - w rzeczywistości jest nieco ciemniejszy i cieplejszy. Zdjęcia robione w świetle dziennym w pomieszczeniu najlepiej oddają rzeczywisty odcień (pamiętajcie jednak, że wiele też zależy od ustawień monitora).


Jest to lakier o satynowym wykończeniu, nie ma mowy o płaskim macie. Pędzelek jest długi i cienki - osobiście nie przepadam za takimi, bo trudno mi się nimi operuje. Ciężko jest nabrać odpowiednią porcję lakieru i równomiernie rozprowadzić go na płytce. Podczas nakładania pierwszej warstwy powstają straszne smugi, które trudno wyrównać, bo cienka warstewka lakieru błyskawicznie zasycha. Druga warstwa niestety nie pozwala na wyrównanie smug, nadal widoczne są prześwity i nierówności. Dopiero trzecia warstwa zapewnia pełne krycie, choć efekt do idealnych nie należy.

Na domiar złego lakiery z tej serii bardzo podkreślają wszelkie nierówności płytki paznokciowej.

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu


W przypadku trzech warstw lakieru czas schnięcia bez użycia przyspieszacza wysychania, trwałby całą wieczność, więc skracam go sobie spryskując wykonany manicure świetnym sprayem marki FM Group.

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu

Inglot Matte 712 w pełnym słońcu

Przyznam, że nie przepadam za szalenie modnym ostatnio matowym wykończeniem makijażu ust i paznokci, stąd często nakładam na matowe (choć powinnam raczej powiedzieć pół-matowe lub satynowe) lakiery Inglota bezbarwny top coat nadający manicurowi piękny połysk (jednak na wszystkich zdjęciach powyżej mam na paznokciach tylko 3 warstwy lakieru bez top coatu).

Trwałość lakieru jest zaskakująco dobra - na moich paznokciach przetrwał trzy dni bez odprysków czy nawet delikatnego ścierania, choć warto zaznaczyć, że nie myłam w tym czasie głowy. Zmywa się szybko i bezproblemowo.


Krem pod oczy dr Hauschka - mój nr 1 w pielęgnacji okolic oczu!

Krem pod oczy dr Hauschka - mój nr 1 w pielęgnacji okolic oczu!


Opis producenta:
Nawilżający krem pod oczy zapobiega przedwczesnemu tworzeniu się zmarszczek. Wchłania się tak szybko, że można na niego od razu nakładać makijaż. Jest wyjątkowo delikatny i optymalnie dostosowany do potrzeb skóry wokół oczu. Naturalne olejki roślinne: z orzechów makadamii, awokado i rokitnika wchłaniają się szczególnie szybko pielęgnując partie okolicy oczu. Razem z masłem z mango, woskiem pszczelim, olejkiem migdałowym, z pestek moreli i jojoba tworzą barierę ochronną przed wpływem niekorzystnych czynników zewnętrznych, wygładzając skórę i utrzymując ją elastyczną. Woda różana i wyciągi z hibiskusa, ananasa i nagietka odświeżają, uspokajają i łagodzą podrażnienia oraz zatrzymują wilgoć w skórze.
Również przy zmęczonych przez długą pracę przy komputerze oczach ten lekki krem będzie prawdziwym dobrodziejstwem. Odpowiedni dla osób noszących soczewki kontaktowe. Przebadany okulistycznie i dermatologicznie.

Sposób użycia: rano, po oczyszczeniu cery kremem do mycia twarzy i wzmocnieniu jej odpowiednim tonikiem równomiernie rozprowadzić niewielką ilość kremu na dolnej i górnej powiece oka, w kierunku od środkowego do zewnętrznego kącika. Makijaż można nakładać bezpośrednio po aplikacji.

Moja opinia:
Krem pod oczy to dla mnie podstawa pielęgnacji, kosmetyk który bezdyskusyjnie musi znajdować się w mojej łazience. Posiadam bardzo suchą skórę w okolicach oczu a niekomfortowe uczucie suchości potęguje zespół suchego oka, który towarzyszy mi (choć w coraz mniejszym nasileniu) od czasu operacji oczu. Cienka skóra w tym miejscu wymaga całodziennego, dobrego nawilżenia, lekkiego odżywienia i przede wszystkim złagodzenia objawów zmęczenia, jako że większą część dnia spędzam prze komputerem. Pomimo przekroczenia 30-stki nie sięgam jeszcze po kremy liftingujące czy działające silnie przeciwzmarszczkowo. Stawiam przede wszystkim na dobre nawilżenie i odżywienie a działanie przeciwzmarszczkowe i antyoksydacyjne to u mnie drugorzędny wymóg.

Nawilżający krem pod oczy dr Hauschka zakupiłam po zużyciu dwóch próbek, które uratowały moją skórę po bardzo nieudanym kontakcie z kremem pod oczy marki Korres. Była to miłość od pierwszego użycia i absolutna pewność, że znalazłam swój ‘podoczny’ ideał.

Urzekł mnie długi i w 100% naturalny skład obfitujący w oleje, masła i ekstrakty roślinne dbające o dobre nawilżenie i ochronę cienkiej i wrażliwej skóry. Wszystko, o czym pisze producent, jest prawdą. Krem jest leciutki, wchłania się dosłownie w kilka sekund i umożliwia niemal natychmiastowe wykonanie makijażu. Nie ma obawy, że podkład czy korektor się zwarzy, kosmetyki kolorowe zachowują się na nim bez zastrzeżeń. Pomimo lekkiej formuły krem doskonale nawilża. Tuż po aplikacji wyraźnie czuć jak skóra go spija a po chwili wyraźnie się odpręża. Jest zbawieniem dla osób spędzających wiele godzin przed komputerem – po wieczornym demakijażu przynosi ulgę zmęczonej i napiętej skórze, koi ją i rozluźnia.



Niestety w żaden sposób nie wpływa na zmniejszenie cieni pod oczami ale producent nic takiego nie obiecuje. Zresztą, przestałam już wierzyć, że jakikolwiek krem zniweluje u mnie ten defekt…

Krem posiada słabo wyczuwalny ziołowy zapach, charakterystyczny dla kosmetyków dr Hauschka.

Jest to krem, który z całą pewnością mogę polecić do pielęgnacji młodej skóry z pierwszymi oznakami starzenia. Raczej nie spełni oczekiwań kobiet szukających kremu silnie napinającego i wygładzającego okolice oczu, gdyż jego działanie przeciwzmarszczkowe opiera się głównie na działaniu prewencyjnym poprzez dostarczenie odpowiedniej dawki nawilżenia oraz zapewnienie ochrony dzięki licznym wyciągom roślinnym.

Nawilżający krem pod oczy dr Hauschka całkowicie skradł mi serce, jest zresztą nie pierwszym kosmetykiem tej marki, który to zrobił. Uwielbiam tusz do rzęs i pudry do twarzy tej firmy (nie używam już innych!) i bardzo się cieszę, że także kosmetyki do pielęgnacji powoli zdobywają moją przychylność.


Opakowanie: metalowa tubka 12,5ml

Cena: ok. 90,00zł

Skład: Water (Aqua), Persea Gratissima (Avocado) Oil, Rosa Damascena Flower Water, Glycerin, Alcohol, Ananas Sativus (Pineapple) Fruit Extract, Althaea Officinalis Leaf Extract, Beeswax (Cera Alba), Calendula Officinalis Flower Extract, Arachis Hypogaea (Peanut) Oil, Hectorite, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Rosa Damascena Flower Extract, Prunus Armeniaca (Apricot) Kernel Oil, Lysolecithin, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Mangifera Indica (Mango) Seed Butter, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Hippophae Rhamnoides Fruit Oil, Chondrus Crispus Extract, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Xanthan Gum, Sodium Stearoyl Lactylate, Fragrance (Parfum) , Geraniol*.
* składnik naturalnego olejku eterycznego
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kobiece Fanaberie , Blogger