Transparentny rozświetlający puder do twarzy w kompakcie dr.Hauschka - ulubiony!

Transparentny rozświetlający puder do twarzy w kompakcie dr.Hauschka - ulubiony!


Od producenta:
Transparentny Puder rozświetlający w kompakcie zawiera pielęgnującą kompozycję z roślin leczniczych: przelotu pospolitego, oczaru, czarnej herbaty i jedwabiu. Delikatnie matuje i wykańcza makijaż, nadając skórze aksamitny i naturalny wygląd.


Moja opinia:
Kolorówka dr.Hauschka to moje wielkie makijażowi odkrycie zeszłego roku. Tusz do rzęs i pudry pokochałam tak bardzo, że właściwie nie używam już żadnych innych.

Pierwsze co należałoby sprostować jeśli chodzi o puder w kompakcie to słowo ‘rozświetlający’ w nazwie. Nie wiem skąd w polskim tłumaczeniu się ono znalazło, tym bardziej, że zagraniczna nazwa to po prostu transculent face powder czyli puder transparentny. Jest to najzwyklejszy puder matująco-utrwalający, z rozświetlaniem nie ma on nic wspólnego.

Puder zamknięto w eleganckim czarnym puzderku z lusterkiem. Do kompletu dołączona jest gąbeczka, która niestety rozpadła się po pierwszym praniu. Nie stanowi to jednak dla mnie problemu – gąbeczek do pudru ci u mnie pod dostatkiem.




Puder sam w sobie jest po prostu wspaniały! Dostępny w jednym beżowym odcieniu o transparentnym efekcie pozwala uzyskać bardzo naturalne, aksamitne wykończenie. Twarz po nałożeniu pudru wygląda świeżo, zdrowo, bardzo naturalnie. Nie ma mowy o nierównomiernych plamach, puder nie wysusza skóry ani nie wchodzi w pory. Nie robi ‘ciasta’ na twarzy ani nie tworzy efektu maski.

Używam go w ciągu dnia do poprawek makijażu (głównie matowienia cery). Spisuje się znakomicie. Delikatnie matuje, nadaje cerze zdrowszego wyglądu.

Puder dr.Hauschka składa się wyłącznie z naturalnych składników, które w żaden sposób nie szkodzą skórze. Można go bez obaw używać przy cerze problematycznej - nie zatyka porów, nie wywołuje krost trądzikowych.
Ma delikatny ziołowy zapach, który jednak z czasem wietrzeje.

Rano do utrwalenia makijażu używam sypkiej wersji tego pudru – jest równie świetna (recenzja już wkrótce).


Opakowanie: puzderko z lusterkiem 9g

Cena: ok. 70,00zł

Skład: Talc, Silk (Serica) Powder, Mica, Diatomaceous Earth (Solum Diatomeae), Magnesium Stearate, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Rosa Damascena Flower Extract, Anthyllis Vulneraria Extract, Hamamelis Virginiana (Witch Hazel) Bark/Leaf Extract, Camellia Sinensis Leaf Extract, Fragrance (Parfum), Limonene*, Linalool*, Geraniol*, Citronellol*, Coumarin*, Citral*, Benzyl Benzoate*, Eugenol*, Farnesol*, Silica, Iron Oxides (CI 77491, CI 77492, CI 77499).
*składnik naturalnego olejku eterycznego
Golden Rose Oxygen Nail Growth - ta odżywka naprawdę działa!

Golden Rose Oxygen Nail Growth - ta odżywka naprawdę działa!


Opis producenta:
Preparat do pielęgnacji paznokci, bogaty w antyutleniacze i komórki macierzyste jabłka, które przyśpieszają wzrost paznokci i zwiększają ich wytrzymałość. Dzięki zaawansowanemu kompleksowi komórek macierzystych jabłka połączonych z przenikalnymi cząsteczkami tlenu, naturalnymi antyutleniaczami, witaminami (A, C & E) i składnikami odżywczymi (ekstrakt z alg, wyciąg z pestek słonecznika, minerały morskie, ekstrakt kasztanowca) preparat Oxygen Nail Growth zapewnia odżywienie, przyspiesza wzrost i pomaga poprawić wygląd paznokci. Bogata formuła opatentowanych składników wpływa na wzmocnienie paznokci i zabezpiecza je przed pękaniem, złamaniem i rozdwajaniem już po 4 tygodniach regularnego stosowania. Dzięki wysokiej zawartości składników nabłyszczających oraz filtrów UV chroni paznokcie przez odbarwieniami.

Cała seria Nail Expert nie posiada w swoim składzie formaldehydu, dbp i toluenu.

Sposób użycia:
Nakładać na czyste i niepomalowane paznokcie. Nakładać jedną warstwę jako baza pod lakier chroniąca paznokcie. Nakładać co tydzień aby przyspieszyć wzrost paznokcia. Nakładać dwie warstwy dla uzyskania efektu zadbanych paznokci.


Moja opinia:
Moje paznokcie zawsze były słabe, kruche, miękkie, z tendencją do rozdwajania. Piękne długie paznokcie pozostawały jedynie w sferze marzeń. Nawet jeśli już udało mi się zapuścić kilka milimetrów poza opuszkę palca i tak w krótkim czasie zaczynały się łamać i rozdwajać zmuszając mnie do obcięcia wszystkich paznokci na krótko.

Wypróbowałam w swoim życiu naprawdę sporo różnego rodzaju odżywek i żadna nie była w stanie wspomóc mojej płytki paznokciowej na tyle aby przestała się łamać i rozdwajać. Efekty były krótkotrwałe albo nie było ich wcale. Do odżywki Golden Rose podeszłam więc z dystansem, traktując ją bardziej jako podkład pod lakier aniżeli intensywną kurację. Efekty jej działania przeszły moje najśmielsze oczekiwania.


Oxygen Nail Growth zamknięto w gustownej buteleczce z grubego matowego szkła ze srebrnym korkiem. Sama odżywka jest koloru różowego, jednak na paznokciach zachowuje się jak bezbarwny lakier – nie barwi płytki. Można ją nosić samodzielnie lub jako podkład pod kolorowy lakier.

Odżywkę stosuję nieco częściej niż zaleca producent a mianowicie 2-3 razy w tygodniu. Jest to uzależnione w dużej mierze od częstotliwości, z jaką zmieniam kolor lakieru na paznokciach. Oxygen Nail Growth nakładam na czyste paznokcie jako podkład i odżywkę. Jeśli w danym tygodniu nie maluję paznokci kolorowym lakierem, nakładam samą odżywkę, aby dłonie wyglądały schludnie. Uważam, że dłonie to wizytówka kobiety, powinny więc zawsze wyglądać nienagannie. Z odpowiednio nawilżoną skórą oraz opiłowanymi paznokciami pociągniętymi jedną warstwą bezbarwnej odżywki wyglądają na perfekcyjnie zadbane.


Pierwsze efekty działania odżywki zaobserwowałam mniej więcej po 3-4 tygodniach stosowania. Paznokcie zaczęły rosnąć w szybszym tempie, zupełnie jakby dostały energetycznego ‘kopa’. Po kolejnych kilku tygodniach dało się zauważyć wyraźnie wzmocnienie płytki oraz mniejszą skłonność do pękania i rozdwajania. Po mniej więcej 4 miesiącach stosowania mogę napisać, że wreszcie mam paznokcie o jakich marzyłam – zdrowe i szybko rosnące! Nagłe złamanie paznokcia nie wywołuje już we mnie irytacji, gdyż wiem, że w ciągu ok. 10 dni jestem w stanie wyhodować go na nowo.

Chciałabym jednak zaznaczyć, że tak wspaniałe efekty niewątpliwie są skutkiem regularnego nakładania odżywki (co najmniej 2 razy w tygodniu). Przy stosowaniu jej raz na jakiś czas raczej nie spodziewałabym się działania, które obiecuje producent.

Warto również podkreślić, że Oxygen Nail Growth jest bardzo wydajną odżywką. W ciągu 4 miesięcy zużyłam raptem 1/3 buteleczki.


Opakowanie: buteleczka z matowego szkła 11ml

Cena: 13,00zł

Skład: butyl acetate, ethyl acetate, nitrocellulose, adipic acid/neopentyl glycol/trimellitic anhydride copolymer, acetyl tributyl citrate, isopropyl alcohol, acrylates copolymer, stearalkonium bentonite, sucrose acetate isobutyrate, styrene/acrylates copolymer, silica, benzophenone-1, n-butyl alcohol, perfluorodecalin, trimethylpentanediyl dibenzoate, tocopheryl acetate, hexanal, helianthus annuus seed oil, polyvinyl butyral, dimethicone, aqua, trimethylsiloxysilicate, dimethyl oxobenzo dioxasilane, glycerin, cetyl peg/ppg-10/1 dimethicone, hydrolyzed corallina officinalis extract, retinyl palmitate, aesculus hippocastanum seed extract, magnesium ascorbyl phosphate, lycium chinense fruit extract,  maris sal, malus domestica fruit cell culture extract, tocopherol, manganese chloride, methylchloroisothiazolinone, xanthan gum, aluminium chloride, zinc chloride, magnesium chloride, sodium chloride, pentaetrythrityl tetra-di-t-butyl hydroxyhydrocinnamate, potassium chloride, phospholipids, methylisothiazolinone, lysine, copper sulfate, phenoxyethanol, CI 15850, CI 19140
Czytelnia: Kiran Vyas, Marie Borrel "Medycyna ajurwedyjska"

Czytelnia: Kiran Vyas, Marie Borrel "Medycyna ajurwedyjska"


Wprawdzie recenzję tego poradnika napisałam dawno temu na potrzeby drugiego bloga ale myślę że i tutaj mogę ją opublikować, tym bardziej że temat dbania o własne zdrowie wpisuje się w szeroką tematykę Kobiecych Fanaberii. Wracam do tej wspaniałej książki za każdym razem, kiedy borykam się z jakimiś dolegliwościami zdrowotnymi i zawsze znajduję w niej cenne wskazówki, jak sobie pomóc.

To najbardziej pożądana i najintensywniej poszukiwana przeze mnie książka w 2012 roku. Trafiłam na ten tytuł podczas wyprzedaży w Weltbildzie, niestety online był już wyprzedany. W księgarniach stacjonarnych również był nie do zdobycia. Zaczęłam więc szukać w innych księgarniach internetowych ale wszędzie tytuł widniał jako niedostępny ze względu na wyczerpanie nakładu. I kiedy prawie straciłam już nadzieję trafiłam na jakiś internetowy sklepik z różnymi ezoterycznymi rzeczami, gdzie książka ta była dostępna. Chwyciłam za telefon, by upewnić się, że na pewno będę mogła ją kupić i ku mojej radości i zaskoczeniu okazało się, że nie dość że książka owszem jest na stanie, to na dodatek mogę ją kupić bezpośrednio w księgarni stacjonarnej, gdyż sklep mieści się w Łodzi i to w pobliżu miejsca, gdzie pracuję. Możecie sobie wyobrazić moją radość. Według informacji miłego pana sprzedawcy nakład „Medycyny ajurwedyjskiej” został wyczerpany, więc książka ta rzeczywiście jest już trudna do zdobycia ale wydawca planuje ponoć wznowić wydawanie tego tytułu tyle że w innej okładce i po wyższej cenie. Cieszę się więc podwójnie, że załapałam się jeszcze na tańszą wersję.

Moje zainteresowanie ajurwedą wzięło się z chęci zadbania o własny organizm po bardzo ciężkim roku, w którym dosyć mocno podupadłam na zdrowiu. Życie w biegu, ciągły stres, zanieczyszczenie środowiska, żywność przetworzona, chemia w kosmetykach – to wszystko tragicznie wpływa na mój organizm powodując pogorszenie stanu zdrowia i ogólnego samopoczucia. Zwrot ku ajurwedzie miał na celu zwolnienie tempa i całościowe zadbanie o siebie.

Ajurweda jest systemem filozoficzno-medycznym wywodzącym się ze starożytnych Indii. Już sama nazwa wskazuje na to, że jest ona czymś więcej niż tylko medycyną – to wręcz sztuka zdrowego życia. ‘Ajur’ oznacza w sanskrycie życie, siłę witalną zaś ‘veda’ wiedzę, naukę, mądrość. Ajurweda skupia się na holistycznej wizji człowieka, jest medycyną globalną, gdyż zgodnie z jej zasadami istota ludzka tworzy całość i nie do pomyślenia jest leczenie jej ciała w oderwaniu od duszy i środowiska, w którym żyje. Stąd też terapia ajurwedyjska ma na celu uzdrowienie na wszystkich poziomach: fizycznym, psychicznym i duchowym.

W poradniku autorstwa Kirana Vyas’a (praktykujący w Paryżu mistrz ajurwedy, jogi i tradycyjnych terapii indyjskich) oraz Marie Borrel (specjalizuje się w medycynie alternatywnej) przedstawiono podstawowe zasady medycyny ajurwedyjskiej i narzędzia terapeutyczne: masaże, kuracje, metody leczniczego odżywiania. Na końcu zamieszczono także proste porady pomagające zwalczyć powszechne dolegliwości.

Pierwsze rozdziały poradnika opisują podstawowe pojęcia związane z ajurwedą czyli koncepcję pięciu żywiołów (eter, powietrze, ogień, woda, ziemia) oraz trzech dosz (wata, pitta, kapha). Czytelnik poznaje ich charakterystyczne cechy oraz dowiaduje się na jakiej zasadzie i w których obrębach ciała działają. W dalszej części opisane są inne podstawowe rodzaje energii jak dhatu (nasza budowa fizyczna), agni (ogień trawienny), mala (wydalanie) czy guna (czynniki energii umysłowej).

Ajurweda skupia się głównie na zapobieganiu chorobom poprzez zdrowy tryb życia a w przypadku, gdy już dojdzie do choroby na usuwaniu nie tyle objawów co w głównej mierze jej przyczyny. Choroba w ujęciu ajurwedyjskim jest wynikiem braku równowagi pomiędzy trzema doszami a uzdrawianie polega na przywróceniu tej energii na wszystkich poziomach leczenia czyli fizycznym, emocjonalnym oraz duchowym. W poradniku przeczytamy dokładne informacje na temat jak powstaje i ewoluuje choroba, co zakłóca równowagę poszczególnych dosz i jak rozpoznać która z nich jest w nierównowadze, w jaki sposób lekarz ajurwedy diagnozuje chorobę i jakich narzędzi terapeutycznych używa.

Niech was nie zmyli niewielka objętość książki, ja byłam zaskoczona ogromem informacji w niej zawartych (nawet jeśli są to informacje podstawowe). Autorzy szczegółowo opisują podział pokarmów na smaki oraz ich efekty terapeutyczne, wymieniają przykładowe pokarmy i rośliny lecznicze. Także rodzaje masaży i przeznaczonych do nich olejów zostały szeroko opisane. Dowiemy się także jak wygląda higiena życia codziennego według ajurwedy (łącznie z kilkoma podstawowymi pozycjami jogi).

W ostatnim rozdziale autorzy przybliżają kilkanaście najbardziej powszechnych dolegliwości wraz z zaleceniami ajurwedyjskimi co do ich leczenia. Kilka przykładów:

BIEGUNKA

Czego należy unikać:

- zrezygnuj ze spożywania produktów zbożowych pod każdą postacią: makaronu, chleba, mąki. Wyeliminuj też z jadłospisu mączkę z ciecierzycy i ogranicz spożycie mleka

- nie jedz potraw ciężkostrawnych, takich jak sosy czy dania smażone

Zalecenia:

- w trakcie leczenia biegunki zaleca się jedzenie rozgotowanego ryżu, soi i zupy marchwiowej. Do potraw dobrze jest dodać indyjski tymianek i kardamon

- rozcieńczony jogurt (lassi) z dodatkiem soli i kuminu to świetny lek na biegunkę. Równie skuteczny jest jogurt z mieloną kolendrą i kozieradką

- możesz też podgrzać ghi (klarowane masło) i dodać do niego zmielony imbir i cukier albo posmarować sokiem z imbiru okolice pępka

BÓLE GŁOWY

Zalecenia:

- w każdym wypadku jedz owoce guajawy; są one szczególnie skuteczne uśmierzaniu bólów głowy

- osoby, u których bóle głowy pojawiają się wraz ze wschodem słońca i ustępują po jego zachodzie, powinny przyjmować mieszankę ghi i amla (owoc agrestu indyjskiego) oraz jeść śirę (ciasto na bazie grysiku, ghi i rodzynek)

- wskazane jest dla nich także codzienne płukanie nozdrzy kroplą olejku pistacjowego

- gdy bóle głowy są spowodowane nadmiarem energii kapha, lepiej przyjmować melasę zmieszaną z sokiem świeżo wyciśniętym z imbiru. Odrobinę tej mikstury można także wprowadzić do nozdrzy

- ajurweda zaleca przygotowanie papki ze zmielonego imbiru i ciepłej wody i przyłożenie takiego kataplazmu na czoło

- jeśli bóle głowy powstają z powodu nadmiaru energii pitta, ajurweda radzi poddanie się masażom głowy z użyciem ciepłego oleju rycynowego.

- jeśli zaś bóle głowy są wywołane nadmiarem energii wata, kuracja opiera się na oleju rycynowym. Płuczemy nozdrza kilkoma kroplami ciepłego oleju rycynowego i z jego użyciem masujemy całe ciało. Możemy też zastosować wireczan, kurację oczyszczającą za pomocą oleju rycynowego.

- do walki z migreną ajurweda zaleca wypijanie rano, na czczo, maceratu z namoczonych wieczorem w osłodzonej wodzie czarnych rodzynek. Można też płukać nozdrza słoną wodą.

Książkę polecam osobom zainteresowanym tematem, szczególnie jednak tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z ajurwedą. Stanowi ona kompendium podstawowej wiedzy na temat tej starożytnej medycyny naturalnej, szczegółowo ale w prosty sposób wyjaśnionej zupełnym laikom w tej dziedzinie.
Koktajl z jabłek i modrej kapusty

Koktajl z jabłek i modrej kapusty

Od kiedy mamy w domu wolnoobrotową wyciskarkę do soków rozsmakowałam się w pysznych i zdrowych koktajlach owocowo-warzywnych. Soków z kartonu dostępnych w większości sklepów nie piję od kilku lat, ilość zbędnych dodatków i polepszaczy smaku (syrop glukozowo-fruktozowy, cukier) zniechęca mnie skutecznie do picia tego rodzaju napojów.

Wyjątek robię dla soków takich firm jak Vero czy Wiatrowy Sad, które produkują naturalne wytłaczane soki owocowe bez dodatku wody, cukru i konserwantów. Są to jednak soki poddawane procesowi pasteryzacji, w którym ginie większość witamin czy soli mineralnych. Oczywiście i tak są one o niebo zdrowsze od tego, co większość firm wlewa w swoje kartony ale jeśli tylko mam taką możliwość, staram się wyciskać soki sama. Tylko kiedy nie mam w domu odpowiedniej ilości owoców czy warzyw, kupuję gotowe produkty w/w firm.

Dzisiaj przedstawię Wam przepis na jeden z moich ulubionych koktajli o działaniu odkwaszającym.


Do jego wykonania potrzebujemy:

  • kawałek czerwonej kapusty
  • kilka jabłek
  • opcjonalnie można dodać też gruszkę czy kilka marchewek

Ilość składników należy tak dobrać, aby po wyciśnięciu ilość soku z kapusty była w proporcji 1:3 lub nawet 1:4 do ilości soku z jabłek. Gdy soku z kapusty będzie zbyt dużo, całość będzie miała zbyt kapuściany smak a dążymy do tego aby nasz koktajl smakował jak... wiśniowy kompot.

Czerwona kapusta ma silne działanie odkwaszające, wzmacnia odporność a także wykazuje korzystne działanie w chorobie wrzodowej żołądka. Zawiera sporo przeciwutleniaczy oraz jest wyjątkowo bogata w wit. B1.

Uwaga: osoby cierpiące na schorzenia tarczycy powinny uważać na ilość spożywanych warzyw kapustnych, gdyż zawierają one substancje wolotwórcze i utrudniają przyswajanie jodu z posiłków!
Od kilkunastu lat choruję na zespół Hashimoto i staram się ograniczać warzywa krzyżowe w diecie. Koktajl z modrej kapusty piję więc tylko w sytuacji, kiedy zdarzy mi się zakwasić organizm.

Jeśli nie cierpicie na żadne ze schorzeń tarczycy, polecam Wam spróbować koktajlu z jabłek i modrej kapusty, jest naprawdę pyszny i gdyby nie ograniczenia chorobowe, mogłabym go pić nawet codziennie.

Jesienna wishlista

Jesienna wishlista


Nie mam szalonych planów zakupowych na jesień, poniższa lista zawiera rzeczy, nad którymi dumałam od dłuższego czasu i zdecydowałam, że warto wydać na nie pieniądze.

Baleriny Ariella
Żywot moich czarnych balerin dobiega końca. Rozchodziłam je już tak bardzo, że spadają mi ze stóp. Już jakiś czas temu uznałam, że najwyższa pora kupić nowe, jednak długo nie mogłam znaleźć odpowiadającego mi fasonu. W końcu przypadkiem trafiłam na firmę Ariella i mój wymarzony model Mell Little Black.

Ciepła duża chusta lub szal
Od kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i już nie mogę podkradać mamie różnych szali, zdecydowanie odczuwam brak tego rodzaju elementu garderoby. Nie zdecydowałam się jeszcze na konkretną firmę (choć bliskie memu sercu są chusty i szale Moniki Kamińskiej), wiem jednak że koniecznie musi to być produkt dobry jakościowo i wykonany z naturalnych materiałów. No i ciepły, żeby ogrzewał mnie podczas jesiennej pluchy.

Koszula jeansowa z haftem ZARA
Wiem, spóźniłam się. Praktycznie nigdzie już tej koszuli nie ma. Online wyprzedana a stacjonarnie widuję pojedyncze sztuki w małych rozmiarach. Odkryłam te koszulę dopiero w zeszłym tygodniu i z miejsca się w niej zakochałam. Od kilku lat szukam idealnej jeansowej koszuli i wreszcie taką znalazłam. Ma perfekcyjny odcień denimu no i ten obłędny haft! Wierzę, że cuda się zdarzają (kilka razy przecież doświadczyłam ich na sobie!), więc po cichu liczę na to, że uda mi się trafić gdzieś na jakąś zbłąkaną L-kę...

Moleskine Book Journal
Tu mogę zdradzić, że już go mam :) Miał być prezentem urodzinowym dla samej siebie ale że trafiłam na super promocję, postanowiłam nie czekać i sprawiłam sobie prezent na imieniny :) Book Journal to notes do zapisywania przeczytanych książek. Oczywiście można sobie kupić zwykły notes i stworzyć odpowiednie rubryki czy kategorie (jak w popularnym ostatnio bullet journalu) jednak ja postanowiłam zacząć od gotowca. Korzystając z gotowego szablonu będę wiedziała, co się sprawdza a co nie i dopiero po zapisaniu całości i dogłębnej analizie zaproponowanego przez Moleskine modelu ewentualnie zdecyduję się na własny projekt.
Moleskine ma więcej tego rodzaju hobbystycznych journali, możecie je obejrzeć tutaj.

Notatnik Leuchtturm1917
Potrzebuję zeszyt do robienia różnorakich notatek. Mój wybór padł na niemiecką markę Leuchtturm1917, głównie ze względu na duży wybór kolorów. Nie zdecydowałam jeszcze, który format będzie dla mnie najbardziej odpowiedni (waham się pomiędzy pocket a medium) i jaki kolor ma mieć mój notes. Znając moje upodobania i tak pewnie wybiorę jakiś odcień niebieskiego choć bardzo kusi mnie też szmaragd!

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła


Jestem wielką miłośniczką naturalnych, ręcznie robionych mydeł, więc dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie mydełka marchewkowego jednej z moich ulubionych mydlarni.

Szalenie podoba mi się filozofia życiowo-pracowa założycielek MINISTERSTWA DOBREGO MYDŁA czyli dwóch sióstr Ani i Uli. Całą sobą popieram takie małe rodzinne manufaktury, gdzie dobra zabawa, tworzenie czegoś z miłością i pasją oraz przede wszystkim z myślą o radości odbiorcy jest sprawą nadrzędną wobec wyników sprzedaży i marketingowych sztuczek. Wszystkie mydła są wyrabiane ręcznie – począwszy od łączenia składników, poprzez wylewanie mydlanych mas do forem i na krojeniu mydeł kończąc. Nie znajdziecie tu dwóch identycznych produktów. Poszczególne egzemplarze mogą różnić się od siebie kolorem czy kształtem, w zależności od partii.

Mydełko marchewkowe, w wesołym energetycznym jasnopomarańczowym kolorze z wytłoczoną papużką na jednym z boków jest jednym z mniejszych mydeł Ministerstwa, bo ma zaledwie 50g. Z tego powodu postanowiłam używać je głównie do mycia twarzy. W porównaniu do zwykłych, drogeryjnych kostek, naturalne mydła cechuje większy stopień rozmiękania a co za tym idzie szybsze zużycie, stąd starałam się jak najrzadziej używać go do mycia rąk czy całego ciała.


Mydło zawiera całe bogactwo składników dbających o naszą skórę, przede wszystkim są to oleje (kokosowy, palmowy, rycynowy, ze słodkich migdałów, oliwa z oliwek) oraz masła (shea, kakaowe) gwarantujące brak wysuszenia naskórka. Istotnym składnikiem jest także karoten zawarty w pulpie marchwiowej i czerwonym oleju palmowym, który jako przeciwutleniacz hamuje szkodliwe procesy oksydacyjne.

Chroni także skórę przed uszkodzeniami spowodowanymi negatywnym wpływem promieniowania słonecznego, zwiększa odporność skóry, przyspiesza procesy gojenia oraz posiada właściwości odmładzające, gdyż pobudza produkcję włókien kolagenowych. Wykazuje działanie stymulujące i normalizujące proces odnowy zrogowaciałego i uszkodzonego przez działanie słońca naskórka, przywracając poszarzałej i zwiotczałej skórze blask i młodzieńczy wygląd.

Podobno wspomaga także pielęgnację cery trądzikowej poprzez normalizowanie pracy gruczołów łojowych. W przypadku cer tłustych i trądzikowych niebagatelną rolę spełnia też antyoksydacyjne działanie karotenu. Stanowi on bowiem tarczę przeciwko wolnym rodnikom atakującym lipidowe składniki sebum, co może wywoływać reakcje zapalne (trądzik).



Gdybyście zapytali mnie o zapach tego mydełka, miałabym duży problem z określeniem, czym ono tak właściwie pachnie. Na pewno jest to woń bardzo przyjemna, trochę pomarańczowa, trochę bergamotowa ale jest tam jeszcze pewna nuta zapachowa, której nie potrafię zidentyfikować. W składzie można dostrzec obecność olejku eterycznego o tajemniczo brzmiącej nazwie ‘may chang’, więc może to on nadaje kompozycji zapachowej ten charakterystyczny ton?

Używałam mydełka przede wszystkim do mycia twarzy. Bardzo dobrze się pieni, świetnie radzi sobie ze zmyciem makijażu oraz wszelkich nieczystości ze skóry a przy tym jest delikatne i niedrażniące. Jestem posiadaczką bardzo wrażliwej, naczyniowej cery, która łatwo ulega podrażnieniom, przesuszeniu i zaczerwienieniu. Przyznaję, że zawsze podchodziłam do kwestii mycia twarzy mydłem (nawet takim w 100% naturalnym i ręcznie wyrabianym) w dużą dozą ostrożności. Pamiętam wielkie skupiska zaognionej skóry po kontakcie z chemicznymi mydłami i długi proces gojenia. Bałam się powtórki z rozrywki. Mydła dziewczyn z MDM przywróciły mi wiarę w istnienie łagodnej mydlanej higieny (jedynie mydełko węglowe okazało się dla mojej cery zbyt agresywne). Skóra po myciu nie jest ani zaczerwieniona ani przesuszona – wygląda zdrowo, jest miękka i miła w dotyku.

Komu poleciłabym mydło marchwiowe? Myślę, że idealnie sprawdzi się w przypadku osób z cerą zmęczoną, poszarzałą, z niewielkimi wykwitami skórnymi. Na pewno sprawdzi się także do mycia całego ciała.

Znacie asortyment Ministerstwa Dobrego Mydła? Lubicie ręcznie wytwarzane, naturalne mydła? A może mogłybyście mi polecić jakieś fajne mydełka czy małe rodzinne mydlarnie?

Cena: 13,00zł / 50g

Skład: Aqua, Sodium Cocoate, Sodium Olivate, Sodium Palmate*, Sodium Palmate (Red)*, Sodium Castorate, Sodium Sweet Almondate, Sodium Cocoa Butterate**, Sodium Shea
Butterate**, Daucus Carota Root, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Citral, Linalool, Limonene

* Olej Palmowy z certyfikatem RSPO- olej pozyskiwany z szacunkiem dla ludzi i środowiska
** Nierafinowane
Ulubione perfumy: Yves Rocher Moment de Bonheur L'eau

Ulubione perfumy: Yves Rocher Moment de Bonheur L'eau



Wyobraź sobie różany ogród w upalny letni dzień. Lejący się z nieba żar wzmaga unoszący się dookoła ciebie upojny zapach róż. Aby nieco się orzeźwić i ugasić nagłe pragnienie sięgasz do koszyka po soczyste zielone jabłko. Wgryzasz się w jego jędrną strukturę a do twoich nozdrzy dolatuje rześki, lekko kwaskowaty aromat, który łączy się po chwili z zapachem różanego krzewu, obok którego stoisz. Czujesz to?

Tak właśnie pachnie woda toaletowa Moment de Bonheur L'eau czyli lżejsza wersja klasycznych perfum MdB marki Yves Rocher. W kompozycji zapachowej dominuje róża stulistna z Grasse ale w lekkiej i świeżej odsłonie wzbogaconej apetycznymi zielonymi nutami jabłka oraz ciepłym drzewnym aromatem cedru . Jak na wodę toaletową przystało zapach jest delikatny i bardzo rześki ale potrafi cudnie wibrować na rozgrzanej skórze.



To kompozycja idealna na wiosenno-letnie dni, kojarzy się z pozytywną energią, radością, rześkością.

Psikam się ostatnio tą wodą łapiąc ostatnie promienie słońca przed nadejściem jesieni, kiedy to noszę zupełnie inne zapachy. Taki mój mały sposób na przedłużenie lata...

Manicure: Golden Rose Classics #114

Manicure: Golden Rose Classics #114


Efekt moich poszukiwań białego lakieru, który nie będzie ani kremowy ani perłowy ani o wykończeniu typu 'frost'. Od razu powiem, że szukam dalej, bo Golden Rose Classics #114 nie do końca zadowala mnie pod względem aplikacji.


Lakier w buteleczce nie jest śnieżnobiały, jest to biel złamana delikatnym beżem, choć na paznokciu te 'brudne' podtony znikają.


Podoba mi się wykończenie tego lakieru, coś pomiędzy kremem a perłą ale niestety nawet przy dwóch warstwach (tyle mam na zdjęciach) widać nierówności i delikatne prześwity. Ciężko nałożyć ten odcień bez smug.


Czytelnia: Marie Kondo "Magia sprzątania"

Czytelnia: Marie Kondo "Magia sprzątania"


Zacznę od tego, czym ta książka nie jest. Na pewno nie jest to poradnik, z którego dowiemy się jak efektywnie sprzątać kuchnię czy łazienkę – tak aby poszło szybko i sprawnie. Jeśli nie wiecie czy zacząć od mycia podłogi czy może blatu kuchennego, czy najpierw wyszorować wannę czy umywalkę – skierujcie się raczej w stronę perfekcyjnej pani domu czy innych tego typu „ekspertek”. Książka Marie Kondo traktuje o zupełnie innym rodzaju sprzątania – o generalnych porządkach, podczas których pozbywacie się większości rzeczy, czego efektem jest nie tylko czyste i schludne otoczenie ale i świeży umysł plus więcej życiowej energii na co dzień (uwaga! To nie ma nic wspólnego z feng shui).

Mam z Marie Kondo wiele wspólnego. Zdobyła moją sympatię niemal od pierwszej strony, gdyż czytając o jej temperamencie i różnego rodzaju schizach ujrzałam w niej odbicie samej siebie. Jestem osobą bardzo uporządkowaną i mam hopla na punkcie organizacji przestrzeni wokół mnie, zwłaszcza pod kątem segregowania, katalogowania i przechowywania różnego rodzaju istotnych dla mnie papierów. Podobnie jak autorka mam za sobą okresy porządkowych szaleństw i terroryzowania rodziny pod tym kątem. Do wielu swoich dziwactw nie przyznaję się publicznie, aby ludzie nie wzięli mnie za wariatkę. Luby nazywa to nerwicą natręctw (może coś w tym jest) i śmieje się ze mnie dobrodusznie za każdym razem kiedy widzi kolejny mój ‘atak’.

Jednak metoda „konmari” opracowana przez autorkę nie przemawia do mnie w 100%. Według Marie Kondo „skuteczne sprzątanie obejmuje dwa niezbędne działania: wyrzucanie rzeczy i podejmowanie decyzji, gdzie pozostałe przechowywać.”1 Zgadzam się z tym stwierdzeniem z jednym małym ‘ale’. Zagracone mieszkanie owszem najlepiej jest doprowadzić do porządku poprzez pozbycie się większości rzeczy, jednak z mojego doświadczenia wynika, że metoda selekcji ‘zadaj sobie pytanie czy dana rzecz sprawia ci radość, jeśli nie to ją wyrzuć” nie sprawdza się u wszystkich. Wyrzuciłam w swoim życiu wiele rzeczy, których pozbycia się po kilku miesiącach (a czasem nawet latach) bardzo żałowałam. Poza tym wiem już, że np. w przypadku ubrań niechodzenie w danym ciuszku przez rok wcale nie oznacza, że już mi się znudził albo przestał podobać. Wielokrotnie zdarzało się, że po tych dwóch latach leżenia ciucha w szafie nagle odkrywałam go na nowo i chodziłam w nim niemal do zdarcia. Metoda ‘konmari’ powinna być moim zdaniem uzupełniona jeszcze o umiejętność odmawiania sobie kupowania wciąż nowych przedmiotów, które zagracają nasze mieszkanie. Wtedy ma szansę na 100% powodzenie.

Nie zgadzam się także w pełni z proponowaną przez Kondo metodą przechowywania ubrań. Nie będę wchodzić w szczegóły, gdyż jest to temat na osobną (i to długą!) notkę a poza tym uważam, że każdy czytelnik powinien sam osądzić jej przydatność pod kątem własnego życia, preferencji, możliwości przestrzennych itp. Do mojego sposobu życia i organizacji przestrzeni metoda ta nie pasuje w 100% ale to nie znaczy, że nie można wyciągnąć z niej czegoś dla siebie – ja np. po lekturze jednego z rozdziałów uporządkowałam na nowo szufladę z rajstopami i tutaj muszę przyznać, że metoda pani Kondo sprawdza się wprost genialnie!


Nie byłabym prawdziwą książkoholiczką gdybym nie wspomniała tutaj o rozdziale poświęconym czystce książek. Już samo pisanie na ten temat sprawia mi ból serca ale muszę, po prostu muszę wyrazić moje oburzenie i zniesmaczenie tym, co zachwala Marie Kondo. Otóż autorka chwali się nie tylko tym, ile książek udało jej się wyrzucić na śmietnik (!!!) ale także tym, gdzie przechowuje kilka pozostałych a stoją sobie one… uwaga: na półce w szafce na buty. Nie wiem, co mam napisać, wydaje mi się, że jedynym sensownym komentarzem będzie poniższe zdjęcie:


Wyrzucanie książek do śmietnika jest dla mnie taką samą zbrodnią jak palenie ich na stosie. Przecież można je rozdać znajomym, oddać do biblioteki (także takiej ‘mobilnej’) albo do szpitala czy domu starców, gdzie ktoś na pewno się z nich ucieszy i je przeczyta. Ale wyrzucać tak po prostu do śmieci…? Brrrr, zgroza! Mam do książek nabożny stosunek, stanowią one ważną część mojego życia i – no cóż, powiedzmy to wprost – zajmują sporą powierzchnię w moim mieszkaniu. Nawet wchodząc w związek z mężczyzną, zawsze podkreślałam swoją miłość do literatury i dobitnie dawałam do zrozumienia, że wiążąc się ze mną wiążesz się także z ponad tysiącem egzemplarzy mojego księgozbioru. O ile męczy mnie zbyt duża ilość przedmiotów i mebli, które zagracają mieszkanie, tak książek mogę mieć tysiące i wcale nie przeszkadza mi, że leżą one dosłownie wszędzie. Zresztą, nie wykluczam, że za kilkanaście lat moje mieszkanie może wyglądać podobnie jak na poniższym obrazku ;-)


Moje ogólne wrażenia z lektury są pozytywne, choć mam do tej książki kilka zastrzeżeń. Jest napisana nieco chaotycznie, z dużą ilością powtórzeń (a wydawałoby się, że osoba mająca świra na punkcie porządku i odpowiedniej organizacji przestrzeni będzie potrafiła też właściwie uporządkować treść pisanej przez siebie książki). Tak właściwie to przez większość czasu miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo tylko inaczej ubrane w słowa. Nie należy także zapominać, że Marie Kondo opisuje w swoim poradniku doświadczenia z japońskimi klientami (wskazuje na to także podtytuł: „Japońska sztuka porządkowania i organizacji”) a jak wiemy jest to odmienna kultura od naszej, więc do wielu zaleceń należy podejść z dużym dystansem.

Jeżeli czujecie, że Wasze mieszkanie jest zagracone, że nie potraficie swobodnie żyć w takiej przestrzeni, przeczytajcie „Magię sprzątania”. Wiem z własnego doświadczenia, że oczyszczanie przestrzeni pomaga także oczyścić umysł a poradnik Marie Kondo to naprawdę fajna i inspirująca pozycja. Wielu czytelników twierdzi, że po przeczytaniu tej książki od razu chce się zacząć sprzątać i ja tę tezę potwierdzam :-) Nie traktujcie jednak zbyt serio wszystkich zaleceń pani Kondo, filtrujcie metodę ‘konmari’ przez pryzmat własnych doświadczeń, odczuć, możliwości i upodobań, wybierajcie z niej tylko to, co do Was przemawia i jest zgodne z Waszym trybem życia.


1 Marie Kondo, Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji, wyd. MUZA S.A., Warszawa 2015, str 54
YSL Rouge Volupte #20 Spicy Pink

YSL Rouge Volupte #20 Spicy Pink


Wprawdzie lato jeszcze w pełni ale ja już powoli zaczynam myśleć o makijażu jesiennym. Z tej okazji do mojego kuferka trafiła szminkaYSL z serii Rouge Volupté oznaczona numerkiem 20 a jej odcień określono w dwóch językach jako Spicy Pink i Rose Épice.

Szminek Rouge Volupté nie ma już w stałej sprzedaży, była to bodaj pierwsza seria pomadek o kremowym, jedwabistym wykończeniu i nasyconym kolorze, potem zastąpiono je wersją Rouge Volupté Shine i Rouge Volupté Sheer Candy. W niektórych perfumeriach można jednak dostać jeszcze pojedyncze sztuki tych szminek – warto poszukać, bo są po prostu obłędne.



Jak już wspomniałam odcień jaki posiadam to Spicy Pink – jest to brudny różowo-fioletowy kolor (w tonacji ‘mauve’) z domieszką brązu. Będzie pasował do chłodnych typów urody.

Pomadka jest delikatnie kremowa, gładko sunie po ustach dając jedwabiste wykończenie. Nie czuć jej na ustach, jest lekka a mimo to już przy jednej warstwie pokrywa wargi nasyconym kolorem. Wspaniale nawilża usta i je wygładza, sprawia że wyglądają kusząco i apetycznie. Nie podkreśla suchych skórek ani nie osadza się w załamaniach. Posiada filtr SPF 15. Uczucie komfortu nie znika z warg nawet po 2-3 godzinach. Podczas jedzenia i picia pigment schodzi równomiernie ale nie całkowicie – usta nadal są pokryte delikatnym woalem koloru. Można powiedzieć, że w tej kwestii zachowuje się podobnie do szminek typu lip-stain.


Szminka posiada bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny owocowy (melonowo-arbuzowy?) zapach.

Opakowanie zdecydowanie cieszy oko – wygląda bardzo luksusowo. Kolorowa część pod logiem YSL wiernie odzwierciedla odcień pomadki. W skuwce zaś mieści się maleńkie lusterko, które ułatwia aplikację pomadki w każdych warunkach.





I na koniec jak szminka prezentuje się na mnie:



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kobiece Fanaberie , Blogger