Jesienna wishlista

Jesienna wishlista


Nie mam szalonych planów zakupowych na jesień, poniższa lista zawiera rzeczy, nad którymi dumałam od dłuższego czasu i zdecydowałam, że warto wydać na nie pieniądze.

Baleriny Ariella
Żywot moich czarnych balerin dobiega końca. Rozchodziłam je już tak bardzo, że spadają mi ze stóp. Już jakiś czas temu uznałam, że najwyższa pora kupić nowe, jednak długo nie mogłam znaleźć odpowiadającego mi fasonu. W końcu przypadkiem trafiłam na firmę Ariella i mój wymarzony model Mell Little Black.

Ciepła duża chusta lub szal
Od kiedy wyprowadziłam się z domu rodzinnego i już nie mogę podkradać mamie różnych szali, zdecydowanie odczuwam brak tego rodzaju elementu garderoby. Nie zdecydowałam się jeszcze na konkretną firmę (choć bliskie memu sercu są chusty i szale Moniki Kamińskiej), wiem jednak że koniecznie musi to być produkt dobry jakościowo i wykonany z naturalnych materiałów. No i ciepły, żeby ogrzewał mnie podczas jesiennej pluchy.

Koszula jeansowa z haftem ZARA
Wiem, spóźniłam się. Praktycznie nigdzie już tej koszuli nie ma. Online wyprzedana a stacjonarnie widuję pojedyncze sztuki w małych rozmiarach. Odkryłam te koszulę dopiero w zeszłym tygodniu i z miejsca się w niej zakochałam. Od kilku lat szukam idealnej jeansowej koszuli i wreszcie taką znalazłam. Ma perfekcyjny odcień denimu no i ten obłędny haft! Wierzę, że cuda się zdarzają (kilka razy przecież doświadczyłam ich na sobie!), więc po cichu liczę na to, że uda mi się trafić gdzieś na jakąś zbłąkaną L-kę...

Moleskine Book Journal
Tu mogę zdradzić, że już go mam :) Miał być prezentem urodzinowym dla samej siebie ale że trafiłam na super promocję, postanowiłam nie czekać i sprawiłam sobie prezent na imieniny :) Book Journal to notes do zapisywania przeczytanych książek. Oczywiście można sobie kupić zwykły notes i stworzyć odpowiednie rubryki czy kategorie (jak w popularnym ostatnio bullet journalu) jednak ja postanowiłam zacząć od gotowca. Korzystając z gotowego szablonu będę wiedziała, co się sprawdza a co nie i dopiero po zapisaniu całości i dogłębnej analizie zaproponowanego przez Moleskine modelu ewentualnie zdecyduję się na własny projekt.
Moleskine ma więcej tego rodzaju hobbystycznych journali, możecie je obejrzeć tutaj.

Notatnik Leuchtturm1917
Potrzebuję zeszyt do robienia różnorakich notatek. Mój wybór padł na niemiecką markę Leuchtturm1917, głównie ze względu na duży wybór kolorów. Nie zdecydowałam jeszcze, który format będzie dla mnie najbardziej odpowiedni (waham się pomiędzy pocket a medium) i jaki kolor ma mieć mój notes. Znając moje upodobania i tak pewnie wybiorę jakiś odcień niebieskiego choć bardzo kusi mnie też szmaragd!

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła

Mydło marchwiowe z Miniesterstwa Dobrego Mydła


Jestem wielką miłośniczką naturalnych, ręcznie robionych mydeł, więc dzisiejsza recenzja dotyczyć będzie mydełka marchewkowego jednej z moich ulubionych mydlarni.

Szalenie podoba mi się filozofia życiowo-pracowa założycielek MINISTERSTWA DOBREGO MYDŁA czyli dwóch sióstr Ani i Uli. Całą sobą popieram takie małe rodzinne manufaktury, gdzie dobra zabawa, tworzenie czegoś z miłością i pasją oraz przede wszystkim z myślą o radości odbiorcy jest sprawą nadrzędną wobec wyników sprzedaży i marketingowych sztuczek. Wszystkie mydła są wyrabiane ręcznie – począwszy od łączenia składników, poprzez wylewanie mydlanych mas do forem i na krojeniu mydeł kończąc. Nie znajdziecie tu dwóch identycznych produktów. Poszczególne egzemplarze mogą różnić się od siebie kolorem czy kształtem, w zależności od partii.

Mydełko marchewkowe, w wesołym energetycznym jasnopomarańczowym kolorze z wytłoczoną papużką na jednym z boków jest jednym z mniejszych mydeł Ministerstwa, bo ma zaledwie 50g. Z tego powodu postanowiłam używać je głównie do mycia twarzy. W porównaniu do zwykłych, drogeryjnych kostek, naturalne mydła cechuje większy stopień rozmiękania a co za tym idzie szybsze zużycie, stąd starałam się jak najrzadziej używać go do mycia rąk czy całego ciała.


Mydło zawiera całe bogactwo składników dbających o naszą skórę, przede wszystkim są to oleje (kokosowy, palmowy, rycynowy, ze słodkich migdałów, oliwa z oliwek) oraz masła (shea, kakaowe) gwarantujące brak wysuszenia naskórka. Istotnym składnikiem jest także karoten zawarty w pulpie marchwiowej i czerwonym oleju palmowym, który jako przeciwutleniacz hamuje szkodliwe procesy oksydacyjne.

Chroni także skórę przed uszkodzeniami spowodowanymi negatywnym wpływem promieniowania słonecznego, zwiększa odporność skóry, przyspiesza procesy gojenia oraz posiada właściwości odmładzające, gdyż pobudza produkcję włókien kolagenowych. Wykazuje działanie stymulujące i normalizujące proces odnowy zrogowaciałego i uszkodzonego przez działanie słońca naskórka, przywracając poszarzałej i zwiotczałej skórze blask i młodzieńczy wygląd.

Podobno wspomaga także pielęgnację cery trądzikowej poprzez normalizowanie pracy gruczołów łojowych. W przypadku cer tłustych i trądzikowych niebagatelną rolę spełnia też antyoksydacyjne działanie karotenu. Stanowi on bowiem tarczę przeciwko wolnym rodnikom atakującym lipidowe składniki sebum, co może wywoływać reakcje zapalne (trądzik).



Gdybyście zapytali mnie o zapach tego mydełka, miałabym duży problem z określeniem, czym ono tak właściwie pachnie. Na pewno jest to woń bardzo przyjemna, trochę pomarańczowa, trochę bergamotowa ale jest tam jeszcze pewna nuta zapachowa, której nie potrafię zidentyfikować. W składzie można dostrzec obecność olejku eterycznego o tajemniczo brzmiącej nazwie ‘may chang’, więc może to on nadaje kompozycji zapachowej ten charakterystyczny ton?

Używałam mydełka przede wszystkim do mycia twarzy. Bardzo dobrze się pieni, świetnie radzi sobie ze zmyciem makijażu oraz wszelkich nieczystości ze skóry a przy tym jest delikatne i niedrażniące. Jestem posiadaczką bardzo wrażliwej, naczyniowej cery, która łatwo ulega podrażnieniom, przesuszeniu i zaczerwienieniu. Przyznaję, że zawsze podchodziłam do kwestii mycia twarzy mydłem (nawet takim w 100% naturalnym i ręcznie wyrabianym) w dużą dozą ostrożności. Pamiętam wielkie skupiska zaognionej skóry po kontakcie z chemicznymi mydłami i długi proces gojenia. Bałam się powtórki z rozrywki. Mydła dziewczyn z MDM przywróciły mi wiarę w istnienie łagodnej mydlanej higieny (jedynie mydełko węglowe okazało się dla mojej cery zbyt agresywne). Skóra po myciu nie jest ani zaczerwieniona ani przesuszona – wygląda zdrowo, jest miękka i miła w dotyku.

Komu poleciłabym mydło marchwiowe? Myślę, że idealnie sprawdzi się w przypadku osób z cerą zmęczoną, poszarzałą, z niewielkimi wykwitami skórnymi. Na pewno sprawdzi się także do mycia całego ciała.

Znacie asortyment Ministerstwa Dobrego Mydła? Lubicie ręcznie wytwarzane, naturalne mydła? A może mogłybyście mi polecić jakieś fajne mydełka czy małe rodzinne mydlarnie?

Cena: 13,00zł / 50g

Skład: Aqua, Sodium Cocoate, Sodium Olivate, Sodium Palmate*, Sodium Palmate (Red)*, Sodium Castorate, Sodium Sweet Almondate, Sodium Cocoa Butterate**, Sodium Shea
Butterate**, Daucus Carota Root, Citrus Aurantium Bergamia (Bergamot) Fruit Oil, Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil, Litsea Cubeba Fruit Oil, Citral, Linalool, Limonene

* Olej Palmowy z certyfikatem RSPO- olej pozyskiwany z szacunkiem dla ludzi i środowiska
** Nierafinowane
Ulubione perfumy: Yves Rocher Moment de Bonheur L'eau

Ulubione perfumy: Yves Rocher Moment de Bonheur L'eau



Wyobraź sobie różany ogród w upalny letni dzień. Lejący się z nieba żar wzmaga unoszący się dookoła ciebie upojny zapach róż. Aby nieco się orzeźwić i ugasić nagłe pragnienie sięgasz do koszyka po soczyste zielone jabłko. Wgryzasz się w jego jędrną strukturę a do twoich nozdrzy dolatuje rześki, lekko kwaskowaty aromat, który łączy się po chwili z zapachem różanego krzewu, obok którego stoisz. Czujesz to?

Tak właśnie pachnie woda toaletowa Moment de Bonheur L'eau czyli lżejsza wersja klasycznych perfum MdB marki Yves Rocher. W kompozycji zapachowej dominuje róża stulistna z Grasse ale w lekkiej i świeżej odsłonie wzbogaconej apetycznymi zielonymi nutami jabłka oraz ciepłym drzewnym aromatem cedru . Jak na wodę toaletową przystało zapach jest delikatny i bardzo rześki ale potrafi cudnie wibrować na rozgrzanej skórze.



To kompozycja idealna na wiosenno-letnie dni, kojarzy się z pozytywną energią, radością, rześkością.

Psikam się ostatnio tą wodą łapiąc ostatnie promienie słońca przed nadejściem jesieni, kiedy to noszę zupełnie inne zapachy. Taki mój mały sposób na przedłużenie lata...

Manicure: Golden Rose Classics #114

Manicure: Golden Rose Classics #114


Efekt moich poszukiwań białego lakieru, który nie będzie ani kremowy ani perłowy ani o wykończeniu typu 'frost'. Od razu powiem, że szukam dalej, bo Golden Rose Classics #114 nie do końca zadowala mnie pod względem aplikacji.


Lakier w buteleczce nie jest śnieżnobiały, jest to biel złamana delikatnym beżem, choć na paznokciu te 'brudne' podtony znikają.


Podoba mi się wykończenie tego lakieru, coś pomiędzy kremem a perłą ale niestety nawet przy dwóch warstwach (tyle mam na zdjęciach) widać nierówności i delikatne prześwity. Ciężko nałożyć ten odcień bez smug.


Czytelnia: Marie Kondo "Magia sprzątania"

Czytelnia: Marie Kondo "Magia sprzątania"


Zacznę od tego, czym ta książka nie jest. Na pewno nie jest to poradnik, z którego dowiemy się jak efektywnie sprzątać kuchnię czy łazienkę – tak aby poszło szybko i sprawnie. Jeśli nie wiecie czy zacząć od mycia podłogi czy może blatu kuchennego, czy najpierw wyszorować wannę czy umywalkę – skierujcie się raczej w stronę perfekcyjnej pani domu czy innych tego typu „ekspertek”. Książka Marie Kondo traktuje o zupełnie innym rodzaju sprzątania – o generalnych porządkach, podczas których pozbywacie się większości rzeczy, czego efektem jest nie tylko czyste i schludne otoczenie ale i świeży umysł plus więcej życiowej energii na co dzień (uwaga! To nie ma nic wspólnego z feng shui).

Mam z Marie Kondo wiele wspólnego. Zdobyła moją sympatię niemal od pierwszej strony, gdyż czytając o jej temperamencie i różnego rodzaju schizach ujrzałam w niej odbicie samej siebie. Jestem osobą bardzo uporządkowaną i mam hopla na punkcie organizacji przestrzeni wokół mnie, zwłaszcza pod kątem segregowania, katalogowania i przechowywania różnego rodzaju istotnych dla mnie papierów. Podobnie jak autorka mam za sobą okresy porządkowych szaleństw i terroryzowania rodziny pod tym kątem. Do wielu swoich dziwactw nie przyznaję się publicznie, aby ludzie nie wzięli mnie za wariatkę. Luby nazywa to nerwicą natręctw (może coś w tym jest) i śmieje się ze mnie dobrodusznie za każdym razem kiedy widzi kolejny mój ‘atak’.

Jednak metoda „konmari” opracowana przez autorkę nie przemawia do mnie w 100%. Według Marie Kondo „skuteczne sprzątanie obejmuje dwa niezbędne działania: wyrzucanie rzeczy i podejmowanie decyzji, gdzie pozostałe przechowywać.”1 Zgadzam się z tym stwierdzeniem z jednym małym ‘ale’. Zagracone mieszkanie owszem najlepiej jest doprowadzić do porządku poprzez pozbycie się większości rzeczy, jednak z mojego doświadczenia wynika, że metoda selekcji ‘zadaj sobie pytanie czy dana rzecz sprawia ci radość, jeśli nie to ją wyrzuć” nie sprawdza się u wszystkich. Wyrzuciłam w swoim życiu wiele rzeczy, których pozbycia się po kilku miesiącach (a czasem nawet latach) bardzo żałowałam. Poza tym wiem już, że np. w przypadku ubrań niechodzenie w danym ciuszku przez rok wcale nie oznacza, że już mi się znudził albo przestał podobać. Wielokrotnie zdarzało się, że po tych dwóch latach leżenia ciucha w szafie nagle odkrywałam go na nowo i chodziłam w nim niemal do zdarcia. Metoda ‘konmari’ powinna być moim zdaniem uzupełniona jeszcze o umiejętność odmawiania sobie kupowania wciąż nowych przedmiotów, które zagracają nasze mieszkanie. Wtedy ma szansę na 100% powodzenie.

Nie zgadzam się także w pełni z proponowaną przez Kondo metodą przechowywania ubrań. Nie będę wchodzić w szczegóły, gdyż jest to temat na osobną (i to długą!) notkę a poza tym uważam, że każdy czytelnik powinien sam osądzić jej przydatność pod kątem własnego życia, preferencji, możliwości przestrzennych itp. Do mojego sposobu życia i organizacji przestrzeni metoda ta nie pasuje w 100% ale to nie znaczy, że nie można wyciągnąć z niej czegoś dla siebie – ja np. po lekturze jednego z rozdziałów uporządkowałam na nowo szufladę z rajstopami i tutaj muszę przyznać, że metoda pani Kondo sprawdza się wprost genialnie!


Nie byłabym prawdziwą książkoholiczką gdybym nie wspomniała tutaj o rozdziale poświęconym czystce książek. Już samo pisanie na ten temat sprawia mi ból serca ale muszę, po prostu muszę wyrazić moje oburzenie i zniesmaczenie tym, co zachwala Marie Kondo. Otóż autorka chwali się nie tylko tym, ile książek udało jej się wyrzucić na śmietnik (!!!) ale także tym, gdzie przechowuje kilka pozostałych a stoją sobie one… uwaga: na półce w szafce na buty. Nie wiem, co mam napisać, wydaje mi się, że jedynym sensownym komentarzem będzie poniższe zdjęcie:


Wyrzucanie książek do śmietnika jest dla mnie taką samą zbrodnią jak palenie ich na stosie. Przecież można je rozdać znajomym, oddać do biblioteki (także takiej ‘mobilnej’) albo do szpitala czy domu starców, gdzie ktoś na pewno się z nich ucieszy i je przeczyta. Ale wyrzucać tak po prostu do śmieci…? Brrrr, zgroza! Mam do książek nabożny stosunek, stanowią one ważną część mojego życia i – no cóż, powiedzmy to wprost – zajmują sporą powierzchnię w moim mieszkaniu. Nawet wchodząc w związek z mężczyzną, zawsze podkreślałam swoją miłość do literatury i dobitnie dawałam do zrozumienia, że wiążąc się ze mną wiążesz się także z ponad tysiącem egzemplarzy mojego księgozbioru. O ile męczy mnie zbyt duża ilość przedmiotów i mebli, które zagracają mieszkanie, tak książek mogę mieć tysiące i wcale nie przeszkadza mi, że leżą one dosłownie wszędzie. Zresztą, nie wykluczam, że za kilkanaście lat moje mieszkanie może wyglądać podobnie jak na poniższym obrazku ;-)


Moje ogólne wrażenia z lektury są pozytywne, choć mam do tej książki kilka zastrzeżeń. Jest napisana nieco chaotycznie, z dużą ilością powtórzeń (a wydawałoby się, że osoba mająca świra na punkcie porządku i odpowiedniej organizacji przestrzeni będzie potrafiła też właściwie uporządkować treść pisanej przez siebie książki). Tak właściwie to przez większość czasu miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo tylko inaczej ubrane w słowa. Nie należy także zapominać, że Marie Kondo opisuje w swoim poradniku doświadczenia z japońskimi klientami (wskazuje na to także podtytuł: „Japońska sztuka porządkowania i organizacji”) a jak wiemy jest to odmienna kultura od naszej, więc do wielu zaleceń należy podejść z dużym dystansem.

Jeżeli czujecie, że Wasze mieszkanie jest zagracone, że nie potraficie swobodnie żyć w takiej przestrzeni, przeczytajcie „Magię sprzątania”. Wiem z własnego doświadczenia, że oczyszczanie przestrzeni pomaga także oczyścić umysł a poradnik Marie Kondo to naprawdę fajna i inspirująca pozycja. Wielu czytelników twierdzi, że po przeczytaniu tej książki od razu chce się zacząć sprzątać i ja tę tezę potwierdzam :-) Nie traktujcie jednak zbyt serio wszystkich zaleceń pani Kondo, filtrujcie metodę ‘konmari’ przez pryzmat własnych doświadczeń, odczuć, możliwości i upodobań, wybierajcie z niej tylko to, co do Was przemawia i jest zgodne z Waszym trybem życia.


1 Marie Kondo, Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji, wyd. MUZA S.A., Warszawa 2015, str 54
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © 2014 Kobiece Fanaberie , Blogger